15
Śr, Sie

Leszk Miller. Foto google.pl

Akcja SLD wymierzona w obywateli


Postkomunistyczne grupy nomenklaturowe zaciekle walczą o stan posiadania w spółdzielczości. SLD zaskarżyło do Trybunału Konstytucyjnego zasady uwłaszczenia spółdzielczych lokali lokatorskich i własnościowych (rzeczywistym właścicielem takich lokali pozostaje spółdzielnia a członkowie w rozumieniu przepisów korzystają z tzw. rzeczy cudzej).


O co tym razem chodzi dla byłych działaczy PZPR?


Po reformie w 2007 roku w postkomunistycznej spółdzielczości III RP rozpoczęło się prawdziwe uwłaszczenie. Dotychczasowy spółdzielczy majątek nomenklatury oparty na lokatorskim i własnościowym prawie do lokalu zaczął funkcjonariuszom wymykać się z rąk. Przykładowo w Białymstoku uwłaszczone zostały niemal wszystkie lokale, których użytkownicy nie posiadali zadłużenia i byli zdolni uiścić około 1200 zł za akt notarialny. Na własność członków przeszła około połowa ogółu mieszkań.


Sytuacja stała się więc groźna dla grup nomenklaturowych, bo nabyta własność mieszkań umocniła prawa uwłaszczonych a prezesom ograniczyła możliwość zaciągania kredytów i ustanawiania hipotek na majątku obywateli. Z punktu widzenia prezesów spowodowała też ogromne zagrożenie uniezależnienia się mieszkańców od nomenklaturowych władz SM poprzez potencjalną zmianę zarządcy. To w ocenie baronów SLD najgroźniejszy skutek uwłaszczenia mogący zapoczątkować upadek postkomunistycznych kołchozów.


Co to jest uwłaszczenie?


Przypomnijmy: uwłaszczenie lokali polega na przeniesieniu prawa własności ze spółdzielni na użytkownika dotychczas posiadającego prawo użytkowania rzeczy cudzej - tytuł własnościowy lub lokatorski. Zgodnie z przepisami z roku 2007 prawo do bezmarżowego uwłaszczenia mieli tylko ci, którzy spłacili koszty budowy swoich lokali oraz pokryli koszty ewentualnie udzielonej pomocy państwowej.


W 2007 r. zakazano prezesom zarabiania


W 2007 roku ustawodawca zakazał prezesom przy uwłaszczaniu lokali naliczania dodatkowych marż niezwiązanych z faktycznie poniesionymi kosztami ich budowy. Ta decyzja rozwścieczyła grupy byłego aparatu PZPR wywołując zmasowane ataki propagandowe np. artykułami sponsorowanymi (kłamliwe publikacje zamawiane i opłacane przez prezesów z pieniędzy członków spółdzielni). To wtedy właśnie antypolskie i antyspołeczne grupy interesów ukuły hasło "mieszkania za złotówkę" i agresywnie oszukiwały opinię publiczną, że niby mieszkania lokatorskie można otrzymać praktycznie za darmo.


W rzeczywistości jednak prawo do uwłaszczenia mieszkań lokatorskich mieli po 2007 roku wyłącznie ci, którzy spłacili koszt budowy. W momencie tzw. przydziału mieszkania lokatorskiego użytkownik wpłacał średnio 10% wartości a resztę z reguły płacił w comiesięcznych ratach doliczanych do czynszu. Spłata w tym systemie trwała przed dekady. W naliczanej opłacie spółdzielnia zawierała wszystkie swoje koszty włącznie z wynagrodzeniami prezesów, więc realnie mieszkania lokatorskie po zsumowaniu kosztów okazywały się droższe od budownictwa wolnorynkowego.


W postkomunistycznych spółdzielniach pozostały jeszcze mieszkania lokatorskie z niespłaconymi kredytami. Ich użytkownicy mogą przystąpić do uwłaszczenia, ale pod warunkiem że uregulują należności kredytowe. Wniosek SLD jest więc bezpośrednim zagrożeniem dla tej grupy użytkowników.


Czego właściwie chce SLD?


Generalnie skarży zasadę bezmarżowego przeniesienia własności ze spółdzielni na zrzeszonych. Do 2007 prezesi oprócz żądania spłaty kosztów budowy lokali naliczali członkom dodatkowe opłaty kalkulowane uznaniowo adekwatne do sytuacji ekonomicznej ludności w danym mieście. Np. w spółdzielni BSM w Białymstoku od p. Mikołaja wyłudzono w ten sposób ponad 7 tys. zł choć powinien on zapłacić ok. 4 zł (cztery złote). Prezesom zależy więc na przywróceniu systemu sprzed 2007 r. W swoim wniosku bezczelnie domagają się ochrony własności spółdzielni (!!!) nazywając majątek zrzeszonych członków mieniem spółdzielni, choć spółdzielnia nigdy z własnych środków niczego nie budowała oraz nikt ze zrzeszonych nigdy nie zrobił na rzecz spółdzielni ani na rzecz prezesów darowizny ze spłaconych kosztów budowy, wkładów mieszkaniowych lub budowlanych.


Gra więc idzie o bardzo wysoką stawkę bo spółdzielnie-molochy to z reguły tysiące lokali, z których można jeszcze wyciągnąć duże pieniądze łupiąc zniewoloną ludność. Głównym jednak celem SLD, poza naliczaniem marż, jest zablokowanie dalszego uwłaszczenia lokali poprzez odstraszanie uznaniowymi opłatami.


W mojej ocenie w praworządnym państwie wniosek SLD nie ma większych szans powodzenia. Jest desperacką próbą ratowania stanu posiadania. Działacze byłej PZPR doskonale wiedzą, że odcięcie nomenklatury od koryta postkomunistycznej spółdzielczości będzie początkiem końca SLD.


Każdy obywatel troszcząc się o swoją rodzinę i przyszłość bliskich oraz dobro Ojczyzny powinien pamiętać podczas wyborów o zachowaniach SLD. Powinien też zadbać o uwłaszczenie posiadanego spółdzielczego lokalu.

 

 

Stanisław Bartnik

 

Zobacz dodatkowe informacje o wniosku do TK >>

 

Są więzienia niewidzialne, jest ich bardzo wiele. Są więzienia, w których ludzie rodzą się, rosną i umierają. Są więzienia systemów i ustrojów. Te więzienia nie tylko niszczą ciała, ale sięgają dalej, sięgają duszy, sięgają głęboko prawdziwej wolności.

 

ks. Jerzy Popiełuszko



 

Krążącą w internecie definicję spółdzielczych grup nomenklaturowych określanych mianem „mafii spółdzielczej” warto uzupełnić o dodatkową charakterystykę ich struktur i zasad funkcjonowania.

 

Struktura i środowisko


Pojęcie mafii spółdzielczej dotyczy nomenklaturowych grup kontrolujących postkomunistyczne spółdzielnie-molochy, realizujących partykularne interesy kosztem eksploatowanych społeczności. Zjawisko jest schedą po PRL i bezpośrednią konsekwencją układu okrągłostołowego torującego aparatowi byłego reżimu komunistycznego drogę do zachowania władzy i przywilejów w nowej rzeczywistości III RP.

 

Na poziomie spółdzielni-molocha podstawową jednostką organizacyjną poreżimowego układu jest tzw. rodzina. W jej skład wchodzi zarząd, grupa pracowników (średnio od 50 do 300 osób), zespół tzw. zaprzyjaźnionych firm oraz niejednokrotnie rezydenci z lokalnego wymiaru sprawiedliwości, politycy partii postkomunistycznych, osoby o agenturalnej przeszłości przyklejone do różnych niekomunistycznych środowisk.

 

Głową spółdzielczej rodziny pozostają prezesi. „Oficerowie” to osoby ze szczebla kierowniczego molocha, właściciele współpracujących firm oraz nomenklaturowi aparatczycy rozlokowani w instytucjach siłowych. Zaciężne „wojsko” grupy stanowią pracownicy zatrudnieni bezpośrednio w spółdzielni oraz w podmiotach zależnych, zrzeszonych w kartelu.

 

Generalnie rodziny nomenklaturowe tworzą autonomiczne, hierarchiczne struktury oparte na ludziach aparatu komunistycznego. Ich terenem działania i źródłem przychodów jest mienie molocha-żywiciela. Najsilniejsze grupy sprawują niepodzielną władzę praktycznie od zarania danej spółdzielni. Niekiedy dokonuje się pokoleniowa wymiana kierownictwa wskutek wewnętrznych wojen o władzę między byłymi funkcjonariuszami partii. Ogólnie dowodem istnienia spółdzielczych rodzin jest ich nietykalność w lokalnej społeczności i nieusuwalność mimo licznych naruszeń prawa czy wręcz bojkotu przepisów.


Do głównych źródeł dochodów rodzin zaliczają się czynsze, przychody z budowy i udostępniania lokali, zyski z procederu eksmisyjnego. Siła i wpływy danej rodziny zależą od wielkości spółdzielni. Najpotężniejsze grupy zarządzają molochami liczącymi nawet 30 tys. członków (ponad 100 tys. lokatorów). Największe spółdzielnie mają zarazem najsilniejsze wpływy w mieście. Kreują kształt lokalnej gospodarki, obsadę stanowisk w samorządzie, wpływają na działalność prokuratury, policji i sądu. Aktywnie moderują lokalną politykę oraz media.

 

W wielu miastach III RP w zasobach postkomunistycznych SM wciąż zamieszkuje nawet połowa ogółu ludności. W takich miejscach olbrzymia władza rodzin determinuje wygląd i standardy egzystencji lokalnej społeczności. Czymś typowym staje się np. kontrolowanie lokalnej prasy (opłacanie dziennikarzy, kupowanie przychylności gazet poprzez np. systematyczne zamawianie reklam), czy kreowanie życia społeczno-gospodarczego przez wprowadzenie do kanonu działalności gospodarczej łapówki jako standardu relacji biznesowych.

Wyróżnikiem postkomunistycznej mafii spółdzielczej od klasycznego modelu włoskiego (prostytucja, handel narkotykami, handel bronią, wymuszenia itd.) jest jej naturalne wkomponowanie w struktury państwa. Jej swoista legalność opierająca się na zachowanym komunistycznym prawie spółdzielczym z okresu PRL i silnym oparciu we wciąż potężnym aparacie nomenklaturowym oplatającym III RP.

 

Układowa, tak naprawdę skrupulatnie kontrolowana i wyreżyserowana przez partię, transformacja ustrojowa PRL w III RP została dopuszczona na warunkach wyznaczonych przez komunistów, dla których okupem, pożywką i zabezpieczeniem miała pozostać na całe dekady praktycznie niezmieniona nomenklaturowa spółdzielczość. Słusznie baronowie partii zdecydowali, że zachowanie kontroli nad spółdzielczością zapewni im dostatek finansowy oraz możliwość moderowania transformacji i wywierania wpływu na kierunki przemian w III RP. Zdecydowano się na „okopanie” w spółdzielczości, bo jej budżet i potencjał uznano za najstabilniejszy i drugi co do wielkości po budżecie państwowym. Pragmatycznie przyjęto, że zamrożenie reformy i transformacji spółdzielczości zagwarantuje długofalowe utrzymanie wpływu na politykę państwa oraz da hegemonię ekonomiczną mafiom wyrosłym z aparatu państwa komunistycznego.

 

Jeśliby porównywać siłę wpływu i przychody grup nomenklaturowych z klasycznymi mafiami trudniącymi się np. przemytem czy handlem narkotykami, to pod względem obrotów i zysków mafia spółdzielcza jest hipermarketem a konkurencja kioskiem z warzywami. Przykładowo trzy duże rodziny eksploatujące molochy liczące po 15 tysięcy członków, tylko z opłaty eksploatacyjnej i funduszu remontowego rocznie wyciągają przychód rzędu 100 mln zł, z czego średnio 1/4 jest zyskiem netto wytransferowanym do sieci podległych firm.

 

Dlatego partyjni towarzysze traktowali i traktują spółdzielczość jako strategiczną dziedzinę na równi z blokowaniem lustracji, reformy sądownictwa i prokuratury. Zresztą w ocenie dygnitarzy nomenklaturowych zakres swobody działalności jest ściśle uzależniony od sytuacji w instytucjach siłowych. Organy te, do niedawna mające za zadanie ochronę aparatu państwa komunistycznego przed „kapitalistyczną reakcją”, w dobie III RP dostały nową nieformalną rolę: zabezpieczenie działalności rodzin i ochronę interesów gospodarczych prezesów. Wywodzący się z nomenklatury sędziowie, wysocy funkcjonariusze prokuratury i policji stali się beneficjentami grup nomenklaturowych, podejmując kooperację z rodzinami na wielu szczeblach, począwszy od indywidualnej ochrony poszczególnych molochów, a skończywszy na szczytach władzy i obsłudze zleceń najwyższych struktur postkomunistycznej nomenklatury. Grupy byłego aparatu PRL – tworząc swoiste państwo w państwie – stały się drugim nieformalnym ośrodkiem decyzyjnym, wywierającym wpływ na politykę oficjalnych władz III RP.

Reklama

Wbrew pobożnym życzeniom naiwnych, resorty siłowe po 1989 roku wcale nie uległy oczyszczeniu. Zamiast odnowy wyrosło i weszło do zawodu równie cyniczne nowe pokolenie (tzw. neonomenklatura) w sposób hermetyczny obsadzające struktury postkomunistycznego państwa. W dobie III RP korporacje wywodzące się z PRL, działając w duchu standardów totalitaryzmu, nadal realizują grupowe interesy, niejednokrotnie drastycznie kolidujące z zasadami praworządności, dobrem państwa i głosem opinii publicznej. Demokracja w III RP ma charakter fasadowy a w przypadku spółdzielczości postkomunistycznej to wyłącznie propagandowe pojęcie, podobnie jak w PRL, mające niewiele wspólnego z rzeczywistością. Powszechnym jest proceder jawnego bojkotowania elementarnych praw ludności i jej systemowego dyskryminowania.

 

Z tego powodu mafie spółdzielcze – obok bezrobocia, zadłużenia państwa i kryzysu gospodarczego – pozostają jednym z największych współczesnych zagrożeń dla rozwoju i przyszłości III RP i jednym z największych wyzwań w planach prawdziwej modernizacji Polski.

 

W wymiarze społecznym w ostatnim dwudziestoleciu działalność spółdzielczych grup nomenklaturowych przyczyniła się do ekonomicznego rozwarstwienia ludności, koncentracji w molochach najuboższych grup społecznych, wzrostu biedy, drastycznej emigracji i stagnacji gospodarczej miast o dominującym udziale spółdzielczości postkomunistycznej.

 

 

 

Oprac. Stanisław Bartnik

Wod warto oszczdza. Podobnie jak pienidze.

Czy w ciągu czterech miesięcy można "wykapać" basen wody? W skali całego miasta - z pewnością. W skali dużego osiedla - być może. W skali jednego bloku - z pewnością nie!

Mieszkam w zasobach spółdzielni BSM, myślę jednak, że moje i moich sąsiadów perypetie ze znikającą wodą zainteresują wszystkich spółdzielców. W październiku 2011 roku otrzymałem ze spółdzielni rozliczenie za wodę za okres od czerwca do września, z którego wynikało, że muszę dopłacić ponad 100 zł z tytułu "różnicy do wodomierza głównego". Szybko sobie przekalkulowałem, że skoro mój blok liczy 116 mieszkań, a dopłatą zostali obłożeni wszyscy proporcjonalnie do zużycia wody, to koszt całej różnicy mógł sięgnąć nawet 10 tys. zł! Jakim cudem? Przez cztery miesiące??

Udałem się do biura administracji osiedlowej, gdzie udzielono mi informacji, że różnica między sumą stanów wodomierzy indywidualnych a stanem wodomierza głównego wyniosła - uwaga - 950 m3! Co ciekawe, pracowników spółdzielni to jakoś specjalnie nie dziwiło. Ot, zdarza się. Usłyszałem teorie o magnesach powstrzymujących mechaniczne elementy wodomierza, o "wykapywaniu" wody w małych porcjach, aby wodomierz nie był w stanie ich zliczyć i jeszcze dodatkowo o złym zamontowaniu wodomierzy, które powinny spoczywać poziomo, a są umieszczone pionowo. (ale o dziwo przez tyle lat jakoś spisywały się całkiem przyzwoicie).

Spółdzielnia podjęła jakieś pozorowane działania, polegające na montowaniu zaworów zwrotnych pod wodomierzami, jednak w moim mieszkaniu odbyło się to dopiero po miesiącu, a całkiem niedawno dowiedziałem się, że zawory nie zostały zamontowane u wszystkich (kilku sąsiadów w ogóle nie słyszało o całej sprawie).

W każdym razie postanowiłem, że od tej pory po każdym kolejnym rozliczeniu wody będę się dowiadywał, ile wyniosła różnica. I tak w kolejnych kwartałach wyglądało to następująco:

X - XII 2011 -> 28 m3
I - VI 2012 -> 327 m3 (w ciągu pół roku, co daje 163.5 m3 w ciągu kwartału)
VII - IX 2012 -> 363.3 m3 (też dużo, ale już nie tak jak w roku 2011)
X - XII 2012 -> 74.6 m3
I - VI 2013 -> 0 m3!
VII - IX 2013 -> 42.4 m3

Jak widać o ile pewne wypaczenia jeszcze miały miejsce, jednak nie na taką skalę jak właśnie w 2011 roku.
Widać, że społeczna kontrola przynosi pewne efekty, bo nawet wodomierze jakoś się same cudownie naprawiły i mimo pozycji horyzontalnej mierzą całkiem przyzwoicie.

Jeśli mają Państwo podobne doświadczenia ze "znikającą" wodą, proszę o pozostawienie komentarza pod tekstem.

Błędne systemy rozliczeń ogrzewania krzywdzą mieszkańców spółdzielni. W poniższej sprawie koszt "ogrzewania" mieszkania 43,5 m2 wyniósł ponad 11 tys. zł a dopłata za c.o. ponad 8 tysięcy zł.

httppodatnicy.orgkorzystne-opodatkowanie-dochodow-ze-spolki-komandytowo-akcyjnejludzie-cienie

W powieści Mikołaja Gogola "Martwe dusze" niejaki Paweł Iwanowicz Cziczikow podróżuje po kraju skupując od właścicieli ziemskich właśnie owe "martwe" dusze rewizyjne, czyli nazwiska chłopów pańszczyźnianych, którzy umarli od czasu ostatniego spisu rewizyjnego, a za których panowie wciąż muszą płacić podatki.

 

Zbudowany w ten sposób kapitał wykorzystuje, aby uchodzić za bogacza i tym samym wzbudzać zaufanie pożyczających pieniądze bankierów.

 

Obecnie wśród członków praktycznie każdej spółdzielni również występują "martwe" dusze. Są to emigranci oraz osoby, które mieszkają w innym miejscu, swoje mieszkanie w zasobach spółdzielni wynajmując np. studentom. Owi "martwi" spółdzielcy nie uczestniczą zazwyczaj w Walnych Zebraniach i nawet nie odbierają zawiadomień o nich.

 

Z mego doświadczenia wynika, że spółdzielcy często nie mają świadomości, iż nawet sąsiedzi z tej samej klatki są na liście "martwych" dusz. I chyba nikt nie potrafi ocenić skali tego zjawiska na terenie całej spółdzielni. Oczywiście oprócz administracji, która taki spis rewizyjny mogłaby przedstawić w każdej chwili.

 

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ obecnie "martwe" dusze również stanowią niezły kapitał. Tegoroczne Walne Zebranie w mojej spółdzielni przegłosowało poprawkę do statutu pozwalającą na uczestnictwo w wyborach oraz głosowanie poprzez pełnomocników. Zamiast fatygować się na zebranie, od tej chwili spółdzielca może podpisać stosowne upoważnienie i wydelegować w zastępstwie swego pełnomocnika.

 

Z założenia wydaje się to godne pochwały, gdyż wówczas osoba starsza lub chora może przysłać w zastępstwie małżonka lub kogoś zaufanego z rodziny, kto nie jest członkiem spółdzielni. Podobnie może zrobić bardzo zapracowany spółdzielca, który osobiście nie może się stawić na zebraniu.

 

Wydaje mi się jednak, że nie to było głównym celeminspiratorów powyższej poprawki do statutu. Nikt oprócz administracji spółdzielni nie ma dokładnych informacji o ilości "martwych" dusz na osiedlu. Zatem żaden spółdzielca nie będzie mógł ani sprawdzić prawdziwości upoważnienia wystawionego np. przez emigranta, ani go ewentualnie podważyć. W przypadku determinacji spółdzielców, chcących zmienić Radę Nadzorczą, osoby upoważnione przez "martwe" dusze mogą zabezpieczyć w spółdzielni utrzymanie status quo.

Więcej artykułów…