21
Cz, Mar

Czasem ten mniejszy ma szans si obroni....

I stał się cud

Kiedy w roku 2013 otrzymałem rozliczenie za centralne ogrzewanie, nic nie wskazywało na to, że sprawy pójdą aż tak daleko. W przesłanym wyliczeniu stwierdzono, że mieszkanie o powierzchni 44,5 m2 zużyło ponad 20% energii cieplnej dostarczonej do ogrzania 44 mieszkań, 2 lokali użytkowych oraz 4 klatek schodowych. Mimo szczerej chęci wyjaśnienia sprawy, natrafiłem na wielki opór ze strony spółdzielni. Oczywiście wszystko było jak najbardziej dobrze, a ja wietrzyłem mieszkania przy odkręconych kaloryferach. Dzięki swojej inżynierskiej wiedzy oraz internetowi powoli zaczynałem poznawać dziwny mechanizm rozliczania ciepła za pomocą podzielników.

Nie jest on prosty, jest bardzo niezrozumiały i co gorsza nikomu nie zależy na tym, aby zwykłemu „blokersowi” wytłumaczyć ten mechanizm. W pewnym momencie już byłem tak zdesperowany, że chciałem zapłacić kwotę 12 tyś zł za roczne ogrzewanie mojego mieszkania. Ale traf chciał, że moja droga poznawcza trafiła na osoby odpowiedzialne za tworzenie regulaminu rozliczania ciepła w naszej spółdzielni. Na zadanie pytana usłyszałem znamienne słowa: „Albo panu odpowiem na te pytania albo nie i tak mi pan nic nie zrobi”. Te zdanie zdecydowało o tym, że nie poddałem się i czekałem na wezwanie do sądu.

Najpierw otrzymałem wezwanie o zapłatę z tytułu nieuregulowania kosztów ogrzewania. Jakież było moje zdziwienie jak kilka miesięcy potem otrzymałem podobne wezwanie, ale już mówiące o tym, że nie płacę czynszu. Zaległość oczywiście dotyczyła zaległości za c.o.. Potem sprawy potoczyły się dość szybko. Nakaz zapłaty z sądu, odwołanie od nakazu zapłaty i dość szybko wyznaczona pierwsza rozprawa. Na rozprawie byłem bardzo zdenerwowany, jednak sędzia był spokojny i jego spokój udzielił się wszystkim na sali. Wysłuchał cierpliwie obu stron. Moim zdaniem dość mocno nalegał na polubowne rozwiązanie sprawy. Zapytał jaką kwotę jesteśmy w stanie zapłacić jako dopłatę za c.o. za sporny okres. Podaliśmy kwotę, którą uważaliśmy za stosowną. Ani ja, ani mój pełnomocnik nie wierzyliśmy w możliwość załatwienia tej sprawy w taki sposób. Jakże się zdziwiliśmy, kiedy po kilku dniach przyszła odpowiedz, że druga strona zgadza się na nasze warunki. Podpisanie ugody odbyło się w prawdziwie pokojowej atmosferze.

Został wyznaczony termin dopłaty. I tu sprawa powinna się zakończyć. Jednak to sławetne zdanie, nie dawało mi spokoju. Powoli zaczynałem pisać pismo do spółdzielni mówiące o konieczności zmiany regulaminu rozliczenia ciepła w naszych blokach. Dostawałem już co prawda sygnały o tym, że spółdzielnia zmienia już swoje nastawienie, co do ludzi wobec których naliczono kosmiczne dopłaty za ogrzewanie. Aż pewnego dnia stał się cud. Mieszkańcy bloku otrzymali informację, że zostanie zmieniony regulamin rozliczenia ciepła.

Najpierw szok i niedowierzanie. Niesprawiedliwy sposób rozliczenia ciepła trwał w naszych blokach ponad 16 lat i oczywiście wszystko zawsze było dobrze, a źli mieszkańcy nie potrafią korzystać z ogrzewania. Jakież było moje zdziwienie, że uwzględnili w tym regulaminie wiele rzeczy o których pisałem w korespondencji przed sprawą sądową.

Dlatego uważam, że to cud. W innych krajach to normalność, że pomaga się ludziom, u nas należy to kwalifikować do rangi cudu. Do tej pory dziwi mnie wiele faktów. Od 2001 roku regionalne media informowały o tego typu sytuacjach w naszej spółdzielni. Roczne koszty ogrzewania na poziomie 6-7 tyś zł za mieszkanie o pow 40-50 m2 to nic nadzwyczajnego. A mimo to ludzie się nie buntowali. Płakali, ale płacili. Prawdopodobnie się bali. Czego? Wszystkiego... Sądu, tego, że ich wyrzuci się z mieszkania, że będą na nich krzywo patrzeć w spółdzielni, straszeniem, że zostaną wpisania do krajowego rejestru dłużników.

W naszych spółdzielniach ciągle stosuje się metody rodem z wczesnych lat komunizmu. Krzykiem próbuje się wymusić posłuszeństwo... Ale to już nie ten czas, by się bać. Jak nie zaczniemy walczyć o swoje, będzie jeszcze gorzej.

Bezczynność jednych, rodzi bezczelność drugich - to bardzo mądry cytat pana Bogusława Bujaka. Do tej pory udało mi się namówić tylko jedną osobę do walki. A ludzi, który mają podobne problemy do moich, na poziomie kilku okolicznych bloków, jest co najmniej kilkudziesięciu.

Obudźmy się, bo za kilka lat będzie za późno. Mieszkamy w naszych mieszkaniach, chodzimy po naszych klatkach schodowych. Spółdzielnie tylko tym zarządzają. To nie jest ich własność. My nie jesteśmy zdani tylko na nich.

Nie chcę się doszukiwać drugiego dna w działaniach spółdzielni. Mam nadzieję, że tak naprawdę połowa ludzi pracująca w spółdzielni to ludzie niekompetentni, nie znający się na sprawie, a dodatkowo nauczeni, że krzykiem mogą wymusić posłuszeństwo.

Wszystkim, którzy chcą walczyć ze spółdzielnią, radzę przygotować się na spotkanie betonowej ściany. Najpierw proszę spróbować ją przekonać do zmiany zdania, a potem to samo zrobić w spółdzielni. Od razu mówię, z betonową ścianą będzie prościej.

Moja sprawa zakończyła się sukcesem. Dzięki mojej nieustępliwości i temu panu, który twierdził, że nikt mu nic nie zrobi... A jednak się dało. Z ogromną przyjemnością w wolnej chwili zajdę do niego i spojrzę mu w twarz. Spodziewam się ujrzeć to samo bezrozumne spojrzenia człowieka innej epoki.

 

 

 

 

 

Mieszkaniec spółdzielni

 

Blokowisko os. Dziesiciny Biaystok

W budynkach należących do spółdzielni mieszka obecnie około 10 mln Polaków, czyli mniej więcej tylu ilu mieszkańców ma Republika Czeska czy Republika Węgierska.

Porównanie to pokazuje, iż spółdzielczość mieszkaniowa w Polsce jest przypadkiem szczególnym, którego nie można lekceważyć. Niemniej jednak prace nad reformą spółdzielczości trwają już zdecydowanieza długo. Z jednej strony wielu parlamentarzystów stanowi nieformalną grupę lobbingową na rzecz interesu prezesów spółdzielni, dla których zachowanie status quo jest niezwykle korzystne. Z drugiej strony obserwuję obojętność wobec tematyki spółdzielczej, która wynika z braku wiedzy na temat roli spółdzielczości mieszkaniowej w naszym kraju.

Słowo „spółdzielczość”, znaczy dzielić coś wspólnie. Dzielić to też znaczy mieć realny wpływ na to, co się dzieje wokół. Niezależnie od kształtu jaki miałaby przyjąć reforma jej głównym celem powinno być umożliwienie członkom spółdzielni decydowania o swoich sprawach. Dziś pozycja spółdzielcy względem zarządu spółdzielni jest taka jak w średniowieczu pozycja pańszczyźnianego chłopa względem swojego pana. Jeden i drugi musi składać daniny swojemu panu i przy tym nie ma żadnych praw.

Walne zgromadzenie pracowników spółdzielni

W obecnym stanie prawnym wybór rady nadzorczej dokonywany jest przez walne zgromadzenie członków. Zarząd w zależności od postanowień statutu powołuje rada nadzorcza albo walne zgromadzenie. Rozwiązania te, choć przyświeca im słuszny cel - poddania najważniejszych spraw spółdzielni pod decyzje członków, w praktyce nie zdają egzaminu. W erze szybkich przemian cywilizacyjnych tempo życia wyznacza zaangażowanie w pracę zarobkową. Rozkład dnia większości członków spółdzielni jest podzielony między okresy dobowego odpoczynku, a okresy aktywności zawodowej. Tymczasem walne zgromadzenia w większości przypadków zwoływane są w ciągu dni roboczych. Dodatkowo zaczynają się w godzinach pracy i kończą nad ranem dnia następnego. Zatem chcąc wziąć czynny udział w obradach walnego zgromadzenia, należy poświęcić na to 2 dni robocze. We współczesnych uwarunkowaniach ekonomiczno–gospodarczych stanowi to istotną barierę w wykonywaniu przysługujących członkom uprawnień. Ponadto często walne zgromadzenia odbywają się w miejscach znacznie oddalonych od osiedli, na których znajdują się lokale spółdzielców. W tej sytuacji ciężko jest pogodzić troskę o sprawy spółdzielni z troską o pracę i najbliższą rodzinę, dlatego frekwencja walnych zgromadzeń jest niska.

W efekcie o sprawach wszystkich członków decyduje niewielka liczba osób, bardzo często wywodząca się wprost z personelu pracowniczego spółdzielni. Słaba frekwencja, bynajmniej nie jest dowodem braku zainteresowania ze strony pozostałych członków, lecz przeciwnie, dowodem braku możliwości aktywnego uczestniczenia w życiu spółdzielni na skutek niedogodności organizacyjnych, na które obowiązujące obecnie przepisy prawa zezwalają.

Demokratyzacja wyborów władz spółdzielni

Po upadku PRL–u państwo Polskie zaczęło ewoluować w kierunku nowoczesnej demokracji, dzięki czemu dzisiaj możemy na uczciwych zasadach wybierać swoich przedstawicieli do samorządu oraz parlamentu. Niestety w przypadku wielu spółdzielni mieszkaniowych czas zatrzymał się w poprzedniej epoce. W mojej ocenie wybór władz spółdzielni także powinien odbywać się w wyborach: bezpośrednich, tajnych, przeprowadzanych w dniu wolnym od pracy, spośród nieograniczonej liczby kandydatów. Wybory powinny odbywać się w lokalu wyborczym przed komisją wyborczą składającą się z osób wydelegowanych przez komitety wyborcze spółdzielców, a same lokale wyborcze powinny być położone na obszarze zamieszkanym przez członków spółdzielni, gdyż każdy z nich powinien mieć zapewnione równe prawo do uczestnictwa w wyborze władz spółdzielni. W celu kontroli przebiegu wyborów na wynik wyborów powinna przysługiwać skarga do sądu powszechnego.

Już prawie 3 lata temu przygotowałem kompleksowy projekt ustawy realizujący powyższe założenia. Niestety na skutek pozamerytorycznych okoliczności nie został on wniesiony przez partię rządzącą pod obrady Sejmu, a tym samym też nie jest obecnie przedmiotem prac Komisji Nadzwyczajnej. Zbliża się czerwiec, miesiąc Walnych Zgromadzeń w spółdzielniach, i gdyby nie tchórzostwo i koniunkturalizm koalicji, już teraz moglibyśmy wybierać władze spółdzielni w demokratycznych wyborach.

 


Jacek Żalek

 

 

 

 

 

 

 

Prezes SM w Sokółce ukarany grzywną za nieudostępnianie dokumentów członkom spółdzielni dalej blokuje swobodny dostęp do dokumentacji gwarantowanej ustawą. Wniósł zażalenie na wyrok skazujący a organy spółdzielni uchwaliły "regulamin", w którym zabraniają nieodpłatnego wglądu, grożą sankcjami i żądają wysokich opłat za sporządzenie kserokopii.

Członkowie SM w Sokółce nie akceptują sprzecznego z prawem regulaminu i podejmą kroki prawne w obliczu zachowań mających cechy recydywy.

Informacja niniejsza w praworządnym państwie jest zgłoszeniem dla prokuratury, która zgodnie z art. 7 kpc na drodze cywilnej powinna zainicjować postępowanie o ustalenie nieważności podjętej uchwały w związku z rażącym naruszeniem prawa.

Artykuł 7 kpc

Prokurator może żądać wszczęcia postępowania w każdej sprawie, jak również wziąć udział w każdym toczącym się już postępowaniu, jeżeli według jego oceny wymaga tego ochrona praworządności, praw obywateli lub interesu społecznego. W sprawach niemajątkowych z zakresu prawa rodzinnego prokurator może wytaczać powództwa tylko w wypadkach wskazanych w ustawie.


Na gruncie art. 8[1] usm za całkowicie bezprawne należy uznać ustanowienie zakazu fotografowania i skanowania. Naruszeniem prawa jest również wymuszanie opłaty stanowiącej "koszt przygotowania kserokopii" jako sprzeczne z art. 1 ust. 1[1] usm.

Wskazać bowiem należy, że wszystkie osoby zatrudnione w spółdzielni, włącznie z prezesami, są utrzymywane za pieniądze członków i w swoich obowiązkach w ramach zawartych umów i pobieranych wynagrodzeń mają wykonywanie wszelkich czynności niezbędnych do funkcjonowania spółdzielni (w tym przestrzegania art. 8[1] usm). Zatem wykonywanie przepisu ustawy polegające na udostępnianiu dokumentów jest rutynowym obowiązkiem pracowników i zarządu i z oczywistych przyczyn nie może rodzić dla członków dodatkowych obowiązków finansowych.

Generalnie w tej chwilowo złej dla członków sytuacji jest coś dobrego. Prezesi SM w Sokółce swoimi zachowaniami wspierają ideę reformy spółdzielczości, dostarczając nam żywych argumentów do przekazywania na obradach sejmowej komisji NPS.

Także szanowni prezesi! Dziękuję! Bez Was byłoby nam trudniej charakteryzować patologie i ilustrować je konkretnymi przykładami.


Stanisław Bartnik

 

Czytaj o wyroku na prezesa >>

Czytaj o podpaleniach drzwi spółdzielców kontrolujących działania zarządu >>

 

Poniżej do pobranie "regulamin" w formacie pdf.

Leszk Miller. Foto google.pl

Akcja SLD wymierzona w obywateli


Postkomunistyczne grupy nomenklaturowe zaciekle walczą o stan posiadania w spółdzielczości. SLD zaskarżyło do Trybunału Konstytucyjnego zasady uwłaszczenia spółdzielczych lokali lokatorskich i własnościowych (rzeczywistym właścicielem takich lokali pozostaje spółdzielnia a członkowie w rozumieniu przepisów korzystają z tzw. rzeczy cudzej).


O co tym razem chodzi dla byłych działaczy PZPR?


Po reformie w 2007 roku w postkomunistycznej spółdzielczości III RP rozpoczęło się prawdziwe uwłaszczenie. Dotychczasowy spółdzielczy majątek nomenklatury oparty na lokatorskim i własnościowym prawie do lokalu zaczął funkcjonariuszom wymykać się z rąk. Przykładowo w Białymstoku uwłaszczone zostały niemal wszystkie lokale, których użytkownicy nie posiadali zadłużenia i byli zdolni uiścić około 1200 zł za akt notarialny. Na własność członków przeszła około połowa ogółu mieszkań.


Sytuacja stała się więc groźna dla grup nomenklaturowych, bo nabyta własność mieszkań umocniła prawa uwłaszczonych a prezesom ograniczyła możliwość zaciągania kredytów i ustanawiania hipotek na majątku obywateli. Z punktu widzenia prezesów spowodowała też ogromne zagrożenie uniezależnienia się mieszkańców od nomenklaturowych władz SM poprzez potencjalną zmianę zarządcy. To w ocenie baronów SLD najgroźniejszy skutek uwłaszczenia mogący zapoczątkować upadek postkomunistycznych kołchozów.


Co to jest uwłaszczenie?


Przypomnijmy: uwłaszczenie lokali polega na przeniesieniu prawa własności ze spółdzielni na użytkownika dotychczas posiadającego prawo użytkowania rzeczy cudzej - tytuł własnościowy lub lokatorski. Zgodnie z przepisami z roku 2007 prawo do bezmarżowego uwłaszczenia mieli tylko ci, którzy spłacili koszty budowy swoich lokali oraz pokryli koszty ewentualnie udzielonej pomocy państwowej.


W 2007 r. zakazano prezesom zarabiania


W 2007 roku ustawodawca zakazał prezesom przy uwłaszczaniu lokali naliczania dodatkowych marż niezwiązanych z faktycznie poniesionymi kosztami ich budowy. Ta decyzja rozwścieczyła grupy byłego aparatu PZPR wywołując zmasowane ataki propagandowe np. artykułami sponsorowanymi (kłamliwe publikacje zamawiane i opłacane przez prezesów z pieniędzy członków spółdzielni). To wtedy właśnie antypolskie i antyspołeczne grupy interesów ukuły hasło "mieszkania za złotówkę" i agresywnie oszukiwały opinię publiczną, że niby mieszkania lokatorskie można otrzymać praktycznie za darmo.


W rzeczywistości jednak prawo do uwłaszczenia mieszkań lokatorskich mieli po 2007 roku wyłącznie ci, którzy spłacili koszt budowy. W momencie tzw. przydziału mieszkania lokatorskiego użytkownik wpłacał średnio 10% wartości a resztę z reguły płacił w comiesięcznych ratach doliczanych do czynszu. Spłata w tym systemie trwała przed dekady. W naliczanej opłacie spółdzielnia zawierała wszystkie swoje koszty włącznie z wynagrodzeniami prezesów, więc realnie mieszkania lokatorskie po zsumowaniu kosztów okazywały się droższe od budownictwa wolnorynkowego.


W postkomunistycznych spółdzielniach pozostały jeszcze mieszkania lokatorskie z niespłaconymi kredytami. Ich użytkownicy mogą przystąpić do uwłaszczenia, ale pod warunkiem że uregulują należności kredytowe. Wniosek SLD jest więc bezpośrednim zagrożeniem dla tej grupy użytkowników.


Czego właściwie chce SLD?


Generalnie skarży zasadę bezmarżowego przeniesienia własności ze spółdzielni na zrzeszonych. Do 2007 prezesi oprócz żądania spłaty kosztów budowy lokali naliczali członkom dodatkowe opłaty kalkulowane uznaniowo adekwatne do sytuacji ekonomicznej ludności w danym mieście. Np. w spółdzielni BSM w Białymstoku od p. Mikołaja wyłudzono w ten sposób ponad 7 tys. zł choć powinien on zapłacić ok. 4 zł (cztery złote). Prezesom zależy więc na przywróceniu systemu sprzed 2007 r. W swoim wniosku bezczelnie domagają się ochrony własności spółdzielni (!!!) nazywając majątek zrzeszonych członków mieniem spółdzielni, choć spółdzielnia nigdy z własnych środków niczego nie budowała oraz nikt ze zrzeszonych nigdy nie zrobił na rzecz spółdzielni ani na rzecz prezesów darowizny ze spłaconych kosztów budowy, wkładów mieszkaniowych lub budowlanych.


Gra więc idzie o bardzo wysoką stawkę bo spółdzielnie-molochy to z reguły tysiące lokali, z których można jeszcze wyciągnąć duże pieniądze łupiąc zniewoloną ludność. Głównym jednak celem SLD, poza naliczaniem marż, jest zablokowanie dalszego uwłaszczenia lokali poprzez odstraszanie uznaniowymi opłatami.


W mojej ocenie w praworządnym państwie wniosek SLD nie ma większych szans powodzenia. Jest desperacką próbą ratowania stanu posiadania. Działacze byłej PZPR doskonale wiedzą, że odcięcie nomenklatury od koryta postkomunistycznej spółdzielczości będzie początkiem końca SLD.


Każdy obywatel troszcząc się o swoją rodzinę i przyszłość bliskich oraz dobro Ojczyzny powinien pamiętać podczas wyborów o zachowaniach SLD. Powinien też zadbać o uwłaszczenie posiadanego spółdzielczego lokalu.

 

 

Stanisław Bartnik

 

Zobacz dodatkowe informacje o wniosku do TK >>

 

W Spółdzielni Mieszkaniowej „Piaski”, graniczącej z osiedlem „Tysiąclecia” (BSM) ogrzanie 1 m2 powierzchni mieszkalnej kosztuje (aktualnie) 2,71 zł. I co najważniejsze, mieszkańcy „Piasków” nie muszą oszczędzać na ogrzewaniu swoich mieszkań bo nie mają podzielników ciepła. Według opinii władz SM „Piaski”, kwota 2.71/m2 to rzeczywisty koszt energii cieplnej dostarczanej przez MPEC do SM „Piaski”.

 

Mieszkańcy osiedla „Tysiąclecia” (BSM), korzystający z tego samego źródła ciepła co „Piaski”, czyli MPEC, płacą znacznie więcej, choć ich mieszkania są "opomiarowane" podzielnikami zużycia ciepła a temperatura pomieszczeń nie przekracza +18 st. C.

 

W BSM koszt ogrzania 1 m2 powierzchni mieszkalnej (przy temp. + 18 C.) w okresie grzewczym 2012/2013 wyniósł – 3,60 zł. Zaś w pracowni twórczej (traktowanej jak mieszkanie) aż 5,90 zł.

 

Jeśli stawka 2,71 zł stosowana przez SM „Piaski” jest rzeczywistym kosztem ogrzania moich pomieszczeń, to za mieszkanie o pow. 60 m2 powinienem zapłacić - 1.626.- zł a za pracownię o pow. 33 m2 – 894 zł. Razem – 2.520 zł. Tymczasem BSM żąda ode mnie kwoty 4.126 zł.

 

Pytam więc władze BSM, co stało się z nadpłatą w wysokości 1.606 zł?

 

Tajemnicą poliszynela są fakty (patrz Google) stosowania przez zarządy spółdzielni mieszkaniowych wobec zaprzyjaźnionych kolesi stawek ulgowych przy rozliczaniu centralnego ogrzewania.

 

Ta patologiczna sytuacja III RP jest możliwa tylko dlatego, że zarówno NIK jak też prokuratura RP nie chcą lub nie mogą kontrolować nieprawidłowości w spółdzielczości mieszkaniowej.

 

 

Zdzisław Rynkiewicz

 

 

 

Więcej artykułów…