19
N, Sie

prlKoleżanki i Koledzy Spółdzielcy,

z radością informuję, że kilka godzin temu dostałem SMS-a od posła A. Górskiego, że prezesowski (przedstawiany jako „obywatelski” ) projekt ustawy o działaniu spółdzielni mieszkaniowych został odrzucony przez Sejm w już pierwszym czytaniu! Posłowie tym razem nie dali się zwieść demagogii przedstawiciela prezesów spółdzielni mieszkaniowych, Jerzego Jankowskiego, przedstawiającego im "zalety" tego projektu. Warto przy okazji zauważyć, że J. Jankowski zmuszony był szczerze przyznać w swoim wystąpieniu, że ów projekt jest autorstwa spółdzielczych związków rewizyjnych a nie spółdzielców.

Nieprawidłowe przygotowanie inwestycji, przepłacone usługi, trwonienie pieniędzy przez zarząd i prezesi dbający o własną kieszeń - to powody upadłości spółdzielni mieszkaniowych.

W ostatnich latach z rejestrów sądowych wykreślono ich ponad 80, ale zjawisko to narasta.

- Jeden rok - tyle czasu wystarczy, żeby doprowadzić do upadłości nawet bardzo dobrze prosperującą spółdzielnię mieszkaniową, chociaż jeszcze na początku lat 90. taka upadłość była nie do pomyślenia - powiedział prezes jednego ze stowarzyszeń syndyków. W ciągu ostatnich 5 lat zbankrutowało kilkadziesiąt spółdzielni - zarówno tych nowo powstałych, realizujących nowe inwestycje, jak i starych - powstałych na początku epoki PRL-u.

Droga do bankructwa

- Przyczyny upadłości są różne. W małych i średnich spółdzielniach, które powstały kilkadziesiąt lat temu, najczęstszym powodem są zaległości w rozliczeniach za dostawę mediów, przerost zatrudnienia, wysokie koszty zarządu i zła gospodarka finansami. Z kolei w tych, które realizują nowe inwestycje - powodem bankructwa jest zła polityka inwestycyjna, niespłacone kredyty, wybór nieterminowych wykonawców oraz niegospodarność - powiedziała Irena Buczyńska, prezes Zarządu Stowarzyszenia Syndyków, Rzeczoznawców i Doradców Gospodarczych Polska - Europa.

Kiedy można ogłosić upadłość

• niewypłacalność - zaprzestanie wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań,

• nadmierne zadłużenie - suma długów przekracza majątek spółdzielni, nawet przy bieżącym regulowaniu zobowiązań.

Poza tym członkowie spółdzielni na co dzień w niewielkim stopniu interesują się sprawami swojej spółdzielni albo mają ograniczone możliwości w uzyskaniu takich informacji. Interweniują, kiedy jest już za późno. W trudnej sytuacji znaleźli się spółdzielcy z Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Dziennikarzy FOKSAL przy ulicy Orzyckiej. Do 2004 roku działała ona bez zarzutu. - Wydawało się nam, że jesteśmy członkami świetnie zarządzanej spółdzielni. Były organizowane walne zgromadzenia, podejmowano uchwały - powiedział jeden z członków spółdzielni.

Tymczasem po śmierci prezesa spółdzielni zniknął jej księgowy, zabierając całą dokumentację finansową. Opróżnił jedyne konto, na które przelewano między innymi duże sumy za wykup mieszkań. Z dnia na dzień spółdzielcy dowiedzieli się, że spółdzielnia stoi na skraju bankructwa. Stanęli przed wyborem - albo spółdzielnia ogłasza upadłość, albo zaciągają kredyt w wysokości 7,5 mln zł.

Podobne problemy ma Spółdzielnia Mieszkaniowa w Lubartowie. Kilka lat temu zarząd spółdzielni bez wiedzy jej członków zaciągnął kredyt na kwotę ponad dwóch milionów zł, po czym ulokował go na szwajcarskim koncie. Zamiast szybkiego zysku, doszło do ogromnych strat w związku ze znacznym spadkiem kursu dolara. Bank bezskutecznie dopomina się od spółdzielni spłaty.

Skutki upadłości spółdzielni dla jej członków

Osoby posiadające lokatorskie prawo do lokalu mieszkalnego

• gdy w wyniku upadłości budynek przejmie inna spółdzielnia - uprawnienia lokatora nie zmieniają się, należy tylko złożyć wniosek o przyjęcie w poczet członków nowej spółdzielni,

• gdy budynek przejmie np. bank czy prywatny przedsiębiorca - prawo lokatorskie przekształca się w najem.

Osoby posiadające spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu

• gdy w wyniku upadłości budynek przejmie inna spółdzielnia, właścicielowi przysługuje roszczenie o przyjęcie do tej spółdzielni,

• gdy budynek nabędzie inny podmiot, prawo to przekształca się w odrębne prawo własności do lokalu.

Pozostałe przypadki dotyczące członków spółdzielni

• nikt nie może przejąć mieszkania, do którego spółdzielca ma tytuł własności,

• osoby, które wpłaciły pieniądze w związku z nabyciem lokalu i dysponują jedynie umową przedwstępną, rzadko mogą liczyć na zwrot pieniędzy.

Przypadki incydentalnych bankructw można by mnożyć. Spółdzielniamieszkaniowa Kwadrat zbudowała ok. 800 mieszkań, głównie na obrzeżach Warszawy. Miała opinię spółdzielni budującej solidnie i szybko. Upadła dwa lata temu, zostawiając ok. 30 mln zł długu i kilka rozpoczętych budów. W maju zeszłego roku sąd ogłosił upadłość Spółdzielni Mieszkaniowej "Stokrotka". Wniosek złożyli sami prezesi.

Była zadłużona na kilka milionów złotych. W Bydgoszczy prawie sto czterdzieści osób straciło wkład na mieszkania lokatorskie (od 30 do 50 tys. zł każda) po tym jak bank nie zgodził się, by rozpoczęte inwestycje razem z kredytem przejęła inna bydgoska spółdzielnia.

Nie należy się dziwić, że spółdzielnie mieszkaniowe są wymarzonym polem do nadużyć, skoro ich działalności nie może kontrolować nawet Najwyższa Izba Kontroli (nie jest podmiotem wykorzystującym państwowe pieniądze).

Państwo w państwie

Spółdzielnie rządzą się własnymi prawami, tym bardziej że w ich statucie można zawrzeć prawie wszystko. Zdarzało się, że na podstawie jego zapisów z pieniędzy spółdzielni inwestowano w rurociągi naftowe czy papiery wartościowe.

Dużym ograniczeniem uprawnień członków w wielkich spółdzielniach mieszkaniowych jest to, że wyznacza się tam przedstawicieli reprezentujących jej członków. Mimo że wybierają ich sami zainteresowani, zdarza się, że dzięki sprytnym zabiegom zostają nimi ludzie tkwiący w układzie z prezesem i zarządem. - Tak zorganizowana grupa jest w stanie podjąć każdą decyzję - skarży się nasza czytelniczka, Maria Z., członek kilkudziesięciotysięcznej Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Potrzeba zmian

- Rzetelna lustracja w spółdzielniach mieszkaniowych i kontrolowanie wykonywania zaleceń mogłoby uratować przed upadłością niejedną spółdzielnię. Syndyk to ostateczność, kiedy zawiodły zarządy, rady nadzorcze i sami spółdzielcy, a wierzyciele nie chcą dłużej czekać - tłumaczy syndyk, Irena Buczyńska. - Poza tym spółdzielcy nie wykorzystują swych praw do czynnego prowadzenia kontroli nad pracą zarządu, w radach nadzorczych zasiadają osoby, które nie potrafią egzekwować i reprezentować praw spółdzielców - dodaje.

- Zapewnienie odpowiedniej regulacji prawnej, która umożliwiłaby zewnętrzną kontrolę nad działalnością zarządu i rady nadzorczej spółdzielni oraz nałożenie odpowiedniej sankcji karnej, wyeliminowałoby nadużycia, niegospodarność oraz sprzeniewierzanie majątku spółdzielców - mówi Izabela Dubec, radca prawny.

- Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że zaczęto prace nad ustawą zmieniającą prawo spółdzielcze. Miejmy nadzieję, że kolejna przeróbka legislacyjna przynajmniej częściowo uzdrowi polską spółdzielczość mieszkaniową - dodaje.

Adam Makosz


autor / źródło:

Adam Makosz
Gazeta Prawna
24.01.2006

"Rzeczpospolita", a za nią inne media przypuściły atak na posłankę PO, Lidię Staroń. Miała ona skorzystać na skonstruowanej przez siebie nowelizacji prawa spółdzielczego. Według naszych informacji zarzuty nie mają nic wspólnego z prawdą, a medialna nagonka ma posłużyć czołowym politykom Platformy do usunięcia niepokornej posłanki.


 

Lidia Staroń pracowała nad nowelizacją ustawy, która pozwoliła jej uwłaszczyć się na lokalu i gruncie wartym kilkaset tysięcy złotych - taka informacja pojawiła się najpierw w "Rzeczpospolitej", a potem w stacjach telewizyjnych i radiowych oraz na portalach internetowych. Zdaniem autora tekstu w "Rz", posłanka miała zapłacić za przejęcie spółdzielczej własności tylko 749 zł. Gdyby nie zapisy nowelizacji z 2007 r., które przygotowywała w Sejmie Staroń, na operację tę posłanka PO musiałaby wyłożyć znacznie większą sumę, przekonywał dziennik.


Charakterystyczne, że doniesienia gazety natychmiast podchwyciły inne media – dotąd bardzo powściągliwe, jeśli chodzi o krytykę członków PO. Żadnych wątpliwości na temat winy Lidii Staroń nie miały też władze Platformy, które zareagowały zdecydowanie ostrzej niż w przypadku prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego, któremu partyjny kolega zarzucił, potwierdzoną nagraniem, korupcję.


Niewiedza czy manipulacja?

Tymczasem, jak sprawdziła "Gazeta Polska", oskarżenia wysunięte przez media i polityków PO nie znajdują absolutnie żadnego potwierdzenia w faktach i dokumentach. Wystarczy powiedzieć, że najważniejszy zarzut dziennikarza "Rzeczpospolitej" Mariusza Kowalewskiego, uwłaszczenie się posłanki za 749 zł na podstawie nowelizacji z 2007 r., chybia celu aż potrójnie.

Po pierwsze: Lidia Staroń posiadała tzw. spółdzielcze prawo własnościowe do opisywanego przez "Rz" lokalu już od 6 września 2000 r. Prawo to – będące substytutem własności (posiadaną nieruchomość można wynajmować, sprzedawać, remontować itd.) – można było praktycznie nieodpłatnie przekształcać w pełną formalną własność już na podstawie przepisów z grudnia 2000 r. Oznacza to, że posłanka mogła wyodrębnić własność lokalu (a więc de facto uzyskać dokument potwierdzający jej właścicielskie prawa) na takich samych warunkach już siedem lat temu, choć trudno tu mówić o „uwłaszczeniu”, gdyż Staroń nie była żadnym dzierżawcą ani lokatorem, lecz posiadała właśnie spółdzielcze prawo własnościowe. Należy pamiętać, że Lidia Staroń trafiła do parlamentu dopiero jesienią 2005 r., zatem nie mogła współuczestniczyć w tworzeniu prawa z 2000 r.

Po drugie: "Rzeczpospolita" nie wspomniała ani słowem, że posłanka (zupełnie legalnie) już od sierpnia 2002 r. starała się przekształcić spółdzielcze prawo własnościowe w normalne prawo własności – tyle że nie pozwalały jej na to, niezgodnie z przepisami, władze olsztyńskiej spółdzielni „Pojezierze”. Ostatecznie, po kilkuletnich bojach, 19 lipca 2006 r. zarząd spółdzielni podjął uchwałę stwierdzającą odrębną własność lokalu. Dotarliśmy do tego dokumentu: wynika z niego jednoznacznie, że Lidia Staroń oraz trzy inne osoby zostają uznani przez „Pojezierze” za pełnoprawnych właścicieli wymienionej nieruchomości. Był to – podkreślmy – lipiec 2006 r., gdy prace nad nowelizacją ustawy spółdzielczej autorstwa Staroń nawet się jeszcze nie rozpoczęły. Już wtedy więc do finalnego przeniesienia prawa własności lokalu na Lidię Staroń wystarczał akt notarialny… Posłanka sporządziła go w sierpniu 2008 r., płacąc notariuszowi 749 zł – dziennikarz „Rzeczpospolitej”, z niewiedzy bądź rozmyślnie, uznał, że była to opłata za nieuczciwe uwłaszczenie się na gruncie. O tym, że Lidia Staroń za uzyskanie spółdzielczego prawa własnościowego wniosła we wcześniejszych latach stosownie duży wkład (odpowiadający cenie za nabycie własności) – nikt już jednak nie napisał.

Wreszcie rzecz ostatnia, chyba najważniejsza: nowelizacja prawa spółdzielczego, przy której pracowała posłanka PO w 2007 r., dotyczyła lokatorskich, a nie własnościowych praw spółdzielczych. Szermowanie argumentem, że jej zapisy wpłynęły na korzystne „uwłaszczenie się” Staroń, świadczy więc nie tylko o nieznajomości statusu prawnego jej lokalu (którego własność można było wyodrębnić już od 2001 r.), ale i o kompletnej niewiedzy na temat nowelizacji z 2007 r. Umożliwia ona bowiem przejęcie na własność – po opłaceniu symbolicznej kwoty – właśnie mieszkań lokatorskich, których posłanka nie posiadała.

W artykule w „Rz” znalazły się również przekłamania mniejszego kalibru – jak sugestia, że Lidia Staroń „uwłaszczyła” grunt wielkości 1320 mkw. (w rzeczywistości udział posłanki to 1/4 tej powierzchni), czy informacja o rzekomym cofnięciu przez PO rekomendacji dla Staroń podczas prac sejmowych w 2007 r. To jednak, w porównaniu z „prawdziwością” podstawowego zarzutu stawianego przez autora tekstu, niewiele znaczące szczegóły.




Wszyscy wrogowie posłanki

Czy wobec tak odległych od prawdy ustaleń można przypuszczać, że w tej sprawie jest drugie dno? Lidia Staroń – nie będąc jeszcze posłanką – naraziła się w Olsztynie wielu wpływowym osobom. W 2004 i 2005 r. niemal w pojedynkę rozbiła quasi-mafijny układ panujący w „Pojezierzu” – jednej z największych spółdzielni w Polsce (ponad 50 mln zł rocznego obrotu). Gdy jej prezes Zenon Procyk (zarejestrowany jako tajny współpracownik SB) trafił wreszcie do aresztu, w aucie Staroń parokrotnie przecinano przewody hamulcowe. Następca Procyka – Wiesław Barański – także nie czuje do posłanki sympatii, gdyż ta krytykowała publicznie zakup przez „Pojezierze” za pieniądze mieszkańców (w marcu 2008 r.) trzech toyot dla szefostwa rady nadzorczej.

Już jako parlamentarzystka Staroń narobiła sobie wrogów również wśród czołowych postaci PO. Sprzeciwiła się ostro m.in. Zbigniewowi Chlebowskiemu, który podczas prac nad nowelizacją przepisów dotyczących praw spółdzielców opowiedział się za pozostawieniem socjalistycznych rozwiązań w tym zakresie (zapewne stąd jego obecne ataki na posłankę). Staroń prowadziła też ostrą walkę o przestrzeganie w PO demokratycznych procedur. W „GP” opisywaliśmy, jak w 2006 r. posłanka – wraz z kilkoma innymi lokalnymi działaczami – przeciwstawiła się „pompowaniu” kół członkowskich olsztyńskiej Platformy przez posła Sławomira Rybickiego. Staroń, wbrew wytycznym z centrali, nie godziła się też na lokalną koalicję PO z komitetem byłego komunisty Czesława Małkowskiego (w ubiegły piątek Małkowski, podejrzany o molestowanie urzędniczek i gwałt na jednej z nich, opuścił białostocki areszt).

Mogło się to skończyć tylko źle. Sławomir Rybicki – jeden z najgłośniejszych krytyków posłanki po opublikowaniu przez „Rzeczpospolitą” artykułu o jej rzekomym uwłaszczeniu – parę razy dawał Staroń do zrozumienia, że nie będzie tolerował jej niesubordynacji. Jako lider warmińsko-mazurskiej PO doprowadził np. do wyeliminowania posłanki z partyjnej listy wyborczej w 2007 r., mimo że dwa lata wcześniej olsztynianie masowo na nią głosowali. To, że nie ma Staroń, to kuriozum. Skreślili osobę, która w 2005 roku, startując z drugiego miejsca, zdobyła 12 tys. głosów. Żaden inny poseł w kraju, który nie był na pierwszym miejscu na liście, nie powtórzył tego wyniku - wypowiadał się wówczas w „Gazecie Wyborczej” jeden z działaczy PO. Ostatecznie pozwolono Staroń startować z ostatniego miejsca (z którego i tak, ku zaskoczeniu Rybickiego, dostała się do Sejmu).

W lutym 2008 r. wybuchła jeszcze większa „afera” z udziałem krnąbrnej posłanki. Powiadomiła ona mianowicie NIK o podejrzanych interesach działacza PO Mirona Sycza i polityka PSL Adama Krzyśkowa. Ten drugi, jako prezes Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska, przyznał założonemu przez Sycza stowarzyszeniu 40 tys. zł na dofinansowanie budowy wiaty „edukacyjnej”. Budowla dziwnym trafem stanęła… na prywatnej ziemi Mirona Sycza (notabene byłego członka PZPR, a obecnie działacza „Ordynackiej”). Choć prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo, politycy Platformy uznali, że winny jest nie Sycz, lecz Lidia Staroń… Sławomir Rybicki stwierdził np.: „takie rzeczy powinno się wyjaśnić w pierwszej kolejności we własnym gronie”, a olsztyński poseł Janusz Cichoń oburzał się, że „nie pozwoli obrzucać błotem swojego kolegi-posła”.

Niespełna dwa miesiące po nagłośnieniu „afery Sycza” Staroń została zawieszona w prawach członka klubu PO. Oficjalnie była to kara za... zapowiedź prac nad ustawą przyznającą działkowcom prawa wieczystego użytkowania ogródków. W szczerość tego uzasadnienia trudno jednak było uwierzyć, bo ustawa „działkowa” miała wcześniej oficjalne poparcie kierownictwa Platformy (postulat uwłaszczenia działkowców znajdował się w programie wyborczym partii), a także ministerstwa środowiska.

Ostatnie przed głośnym artykułem w „Rz” uderzenie w Staroń nastąpiło w kwietniu 2008 r. Olsztyńscy dziennikarze dopatrzyli się rzekomych nieprawidłowości w jej oświadczeniu majątkowym, co szybko zostało nagłośnione w całym kraju. Wkrótce okazało się jednak, że prezydium klubu PO skontrolowało wypełnione przez posłankę dokumenty i mimo szczerych chęci niektórych działaczy nie umiało wskazać żadnych błędów. Dziś politycy PO zapewniają, że przyjrzą się oświadczeniom majątkowym Lidii Staroń jeszcze raz.

Grzegorz Wierzchołowski, Łukasz Adamski

PO o prezydencie Sopotu Jacku Karnowskim, oficjalnie oskarżonym o korupcję: „Czekamy na ustalenia prokuratury, ale niezależnie od niej prowadzę własne postępowanie wyjaśniające. Raport przedstawię zarządowi partii” (Paweł Graś, „Rzeczpospolita”, lipiec 2008).

PO o senatorze Łukaszu Abgarowiczu, któremu CBA postawiło zarzut zatajenia 700 tys. zł dochodu, kierując sprawę do prokuratury: „Zobaczymy, co zrobi z tym śledztwem prokuratura. Jeśli wystąpi z wnioskiem o uchylenie senatorowi immunitetu, to będziemy się zastanawiali, jakie konsekwencje wyciągnąć” (Paweł Graś, TVP Info, sierpień 2008).

PO o posłance Lidii Staroń: „Miarka się przebrała” (Paweł Graś „Rzeczpospolita”, wrzesień 2008); „To skandal. Nastąpiło duże nagięcie prawa” (Łukasz Abgarowicz, TVN24, wrzesień 2008); „Mam nadzieję, że posłanka Staroń zostanie dzisiaj wyrzucona z klubu, a być może i z partii” (Zbigniew Chlebowski, PAP, wrzesień 2008).


autor / źródło:

http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,page,3,title,Komu-przeszkadza-Lidia-Staron,wid,10412457,wiadomosc_prasa.html

 

 

Jak mocno przegniłe musi być nasze państwo, skoro wielką spółdzielnią mieszkaniową od 18 lat trzęsie człowiek skazany przez sąd prawomocnym wyrokiem?

Dotarliśmy do nowych wstrząsających szczegółów na jego temat. Kazimierz Okińczyc, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej „Przylesie” w Koszalinie, jest też na oku Centralnego Biura Antykorupcyjnego i prokuratury. I co? I nic! – On trzęsie całym miastem. Trzyma się ze wszystkich sił tego stołka – mówi koszalińska radna i przewodnicząca oddziału Krajowego Związku Lokatorów i Spółdzielców Danuta Janus.

Kazimierz Okińczyc został skazany za poświadczenie nieprawdy i znieważenie Stanisława Stefanowskiego (50 l.), byłego pracownika spółdzielni. Wyrok zapadł 14 lutego 2007 roku, a 31 maja potwierdził go jeszcze koszaliński sąd okręgowy. Od tego czasu prezes w świetle prawa jest osobą skazaną, a więc zwykłym przestępcą. Lokatorzy liczyli, że po tym wyroku prezes ustąpi ze stanowiska. Ale on nie ma takiego zamiaru.

Przed sądem prezes Okińczyc odpowiadał za zarzucanie kradzieży Stanisławowi Stefanowskiemu. – Wystarczyło, że zacząłem zadawać prezesowi trudne pytania dotyczące wydawania spółdzielczych pieniędzy – opowiada nam pan Stanisław. – W oficjalnym piśmie do lokalnej prasy zasugerował, że zwolnił mnie ze spółdzielni za kradzież. I za te pomówienia został skazany – mówi z satysfakcją Stefanowski. Prezes musiał mu zapłacić 5 tys. zł odszkodowania.

– Zastanawiamy się, czy z pieniędzy spółdzielczych. Same koszty wszystkich przegranych przez spółdzielnię procesów wynoszą jakieś kilkadziesiąt tysięcy złotych. To pewnie nasze pieniądze – podejrzewają lokatorzy. Większość z nich boi się występować pod nazwiskiem – czekają na wyniki śledztw prokuratury i Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Kiedy chcieliśmy o to zapytać samego prezesa, wyrzucił nas z biura. – Prezes zamiast pomagać, utrudnia życie lokatorom. Stąd ma tyle procesów – mówi Stanisław Stefanowski. – Sam radca prawny „Przylesia” poinformował na jednej ze spraw, że przeciwko spółdzielni, którą kieruje Okińczyc, prowadzonych jest około 150 spraw w sądach i prokuraturze – dodaje Danuta Janus.

Lokatorzy występują przeciw prezesowi do sądów. Zarzucają mu, że łamie prawo, utrudniając im wykup mieszkań, wbrew przepisom domaga się dodatkowych opłat i wyklucza niepokornych lokatorów ze spółdzielni. CBA bada aż 18 wątków dotyczących funkcjonowania spółdzielni. Jeden z nich dotyczy przyznawania poza kolejnością mieszkań członkom rodzin rad nadzorczych i pracownikom spółdzielni. Niedawno agenci CBA przekazali je prokuraturze. Tylko czy doczekamy się efektów?

Prokuratorzy krajowi prześwietlą prezesa

Prokuratura Krajowa, czyli najważniejsza prokuratura w kraju, zajmiesię Kazimierzem Okińczycem, prezesem Spółdzielni Mieszkaniowej „Przylesie” w Koszalinie. – Wystąpiłam do Prokuratury Krajowej, by nadzorowała sprawy przeciwko prezesowi – mówi Faktowi posłanka PO Lidia Staroń (48 l.). W śledztwie ma znów pomagać CBA.

A chodzi o grube pieniądze – prawie dwa miliony złotych. Prokuratura sprawdzi, czy zostały wydane prawidłowo. Śledczy odpowiedzą także na pytanie, czy ludzie z otoczenia prezesa Okińczyca i ich rodziny otrzymywały poza kolejnością mieszkania.

Do tej pory prezes miał sporo szczęścia – śledczy z Koszalina umorzyli kilka spraw przeciwko niemu. Ale spółdzielcy zastanawiają się, czy nie miały na to wpływu macki prezesa. – Prokuratura powinna jeszcze raz zająć się nimi. Tym razem pod nadzorem Prokuratury Krajowej. Nikt nie może stać ponad prawem. Prezesom spółdzielni także to udowodnimy – mówi Faktowi Lidia Staroń.


autor / źródło:

http://www.efakt.pl/politycy/artykul.asp?artykul=40691

 

160 lokatorów spółdzielni mieszkaniowej w Kleosinie pod Białymstokiem zawiadomiło prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez prezesa spółdzielni. Oskarżają prezesa o przedstawianie nieprawdziwych danych i narażenie członków spółdzielni na znaczne szkody majątkowe.

Sprawa dotyczy rozliczenia opłat za centralne ogrzewanie i podgrzanie wody. Mieszkańcy w sierpniu ubiegłego roku zostali zaskoczeni informacjami, że pomimo tego iż co kwartał rozliczali się ze spółdzielnią, nagle muszą dopłacić po kilkaset złotych. Rekordziści musieli dopłacić nawet 1000 złotych. Okazało się, że spółdzielnia zmieniła regulamin rozliczania kosztów dostaw ciepła oraz pobierania opłat za centralne ogrzewanie i podgrzanie wody. Problem w tym, że mieszkańcy o tej zmianie nic nie wiedzieli.

Prezes spółdzielni Krzysztof Marcinowicz przyznał, że regulamin został zmieniony w sierpniu 2006 roku, a zaczął obowiązywać z początkiem okresu rozliczeniowego - czyli od czerwca. Jego zdaniem nie ma to znaczenia, bo wszystko działo się w trakcie okresu rozliczeniowego.

Mecenas Janusz Olszewski zaznacza, że żadne prawo nie może obowiązywać wstecz, w tym przypadku regulamin. Dodaje jednak, że nie zmienia to faktu, że za centralne ogrzewanie i podgrzanie wody trzeba dopłacać.

Zdziwienie członków Spółdzielni Mieszkaniowej w Kleosinie budzą także różnice w dopłatach za ogrzewanie i podgrzanie wody. Lokatorzy starszych bloków mają płacić niekiedy dwukrotnie wyższe stawki niż mieszkańcy nowych budynków. Tymczasem mieszkańcy starszych bloków narzekają, że nie mogą doprosić się u prezesa wiatrołapów, by zmniejszyć ubytek ciepła z budynków.


autor / źródło:

http://www.radio.bialystok.pl/wydarzenia/index.php?date=2-2008&id=2326

(PAP, dd/21.04.2009, godz. 21:35)

Grupa członków spółdzielni mieszkaniowej "Domator" w Olsztynie chciała we wtorek na walnym zgromadzeniu ogłosić upadłość spółdzielni, by uniknąć spłacania jej ogromnego zadłużenia. Z powodów formalnych prezes spółdzielni uznała jednak zebranie za nieważne.

Grupa mieszkańców z olsztyńskiego "Domatora" domaga się ogłoszenia upadłości spółdzielni. Uważają, że uchroni to ich od spłaty miliona dolarów z odsetkami zobowiązań, jakie poprzedni zarząd zaciągnął w 2004 roku - bez wiedzy spółdzielców - u prywatnej osoby. Zarząd ten w 2006 roku został odwołany, a przed sądem trwa proces byłego prezesa i jego zastępcy, oskarżonych o niegospodarność.

Ponieważ kolejny zarząd przestał spłacać raty pożyczki, do spółdzielni wkroczył komornik, który poprosił mieszkańców "Domatora" o wpłacanie czynszów na jego konto.

Powodem unieważnienia wtorkowego spotkania był fakt, że członkowie spółdzielni zostali na nie wezwani poprzez ogłoszenia rozwieszone na klatkach schodowych, a zgodnie ze statutem "Domatora" - powinni być wezwani listami poleconymi. Grupa spółdzielców, która przed zebraniem złożyła formalny wniosek o ogłoszenie upadłości spółdzielni, nazwała sytuację "skandalem".

Prezes spółdzielni Teresa Rokicka-Morabet poinformowania na spotkaniu, że przygotowała plan zawarcia ugody z pożyczkodawcą. Przyznała jednak, że pożyczkodawca jest skłonny je zawrzeć po spełnieniu dodatkowych, niekorzystnych dla spółdzielni warunków. Jednocześnie prezes zaapelowała o nieogłaszanie upadłości.

Problemy olsztyńskiego "Domatora", który jest niewielką spółdzielnią, ale za to ma lokale w atrakcyjnych punktach miasta, od lat są opisywane przez lokalna prasę. Jej dziennikarze nie zostali wpuszczeni na wtorkowe zebranie, przez co - jak poinformowała PAP Izabela Niedźwiedzka z biura prasowego olsztyńskiej policji - na miejscu zebrania interweniowali policjanci. Mimo interwencji funkcjonariuszy dziennikarze ci nie dostali się na zebranie. Kolejne walne zgromadzenie zwołano na czerwiec.


autor / źródło:

http://biznes.onet.pl/0,1956450,wiadomosci.html

 

Walczysz ze spółdzielnią mieszkaniową o uwłaszczenie lokalu, odśnieżony chodnik czy remont elewacji? Uważaj, bo może Cię spotkać coś naprawdę niedobrego!

 

okurowski
na zdj.: Janusz Okurowski


Groźby, szkalujące ogłoszenia, obraźliwe smsy i pobicie – to cena jaką za walkę ze swoją spółdzielnią mieszkaniową zapłacił pan Janusz Okurowski (56 l.) z Grodziska Mazowieckiego. Wszystkie nieszczęścia w jego życiu dziwnym trafem zbiegły się z czasem, gdy postanowił walczyć o prawa swoje i innych lokatorów. Posłanka Platformy Lidia Staroń (49 l.) nie kryje oburzenia – Jeśli to prawda, że przedstawiciele spółdzielni zaatakowali lokatora, to jest to zachowanie przypominające metody jakimi posługują się grupy mafijne – komentuje.

Życie pana Janusza zamieniło się w istny koszmar w momencie, gdy zaczął interesować się sprawami Grodziskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, której był członkiem. – Przychodziłem na zebrania w spółdzielni i pytałem o finanse. Chciałem wiedzieć na co idą moje pieniądze, dlaczego zawyżane są koszty eksploatacji, jak to jest z wykupem naszych mieszkań. Przez to stałem się osobą niewygodną, osobą której trzeba było się pozbyć. – opowiada Okurowski.

Na reakcję osób, którym nadepnął na odcisk nie musiał długo czekać. Nękanie zaczęło się od smsów. Wulgarne wiadomości jedna za drugą pojawiały się na ekranie jego telefonu. Potem było jeszcze gorzej. Anonimowe telefony z pogróżkami o każdej porze dnia i nocy oraz obraźliwe ulotki rozwieszane pod osłoną nocy przez nieznanych sprawców na terenie spółdzielni. – Wszystko zgłaszałem na policji, ale nie udało się wykryć sprawców. Domyślam się, że te pogróżki i paszkwile związane były z moją spółdzielczą działalnością, no bo z czym innym? – zastanawia się Okurowski.

Nękany słowną agresją nie wiedział jednak, że najgorsze miało dopiero nadejść. Niedość, że został wykluczony z grona spółdzielców to pewnego razu, gdy w biały dzień wracał do domu – drogę zagrodziło mu dwóch osiłków. Jeden z nich miał w dłoni metalowy pręt. – Nie będziesz mieszał w spółdzielni – rzucili przez zaciśnięte zęby i rzucili się na pana Janusza. – Okładali mnie ze wszystkich stron, próbowałem walczyć, ale mieli przewagę. Wylądowałem na pogotowiu z rozwaloną głową, połamanymi żebrami. To miała być kara za moją walkę ze spółdzielnią. Oni działają jak mafia szczególnie w takim małym miasteczku jak nasze, mają wszędzie swoich ludzi. . – opowiada Okurowski.

Niestety takie sceny niczym z amerykańskich filmów sensacyjnych zdarzają się coraz częściej. – To dzieje się nagminnie. Ludzie są niszczeni przez prezesów. To spotyka tych, którzy mają odwagę walczyć o swoje prawa – przyznaje w rozmowie z Faktem posłanka Lidia Staroń, której nie obca jest spółdzielcza rzeczywistość i jej problemy.

O tą mrożącą krew w żyłach sprawę postanowiliśmy zapytać samego prezesa Grodziskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Krzysztof Kozera odpiera jednak wszystkie zarzuty. Przechodzi nawet do kontrataku i twierdzi, że to on jest kolejny raz pomawiany przez Okurowskiego.

Na szczęście jest szansa, że gnębieni lokatorzy nie pozostaną bez pomocy. Ich losem zainteresowaliśmy posłów. – Trzeba to jak najszybciej wyjaśnić. Przecież w taki sposób działają przestępcze grupy zorganizowane. Nie mieści mi się to w głowie – dopowiada poseł Grzegorz Tobiszowski (44 l.) z PiS i obiecuje, że przyjrzy się sprawie .


autor / źródło:

http://www.efakt.pl/politycy/artykul.asp?artykul=40125

Więcej artykułów…