23
So, Cze

Klatka schodowa w spdzielni-molochu

Człowiek postkomunistycznej spółdzielczości

Człowiek spółdzielczy „wyhodowany” w obozie budownictwa socjalistycznego w dobie PRL jest nieprzystosowany i niezdolny to współtworzenia społeczeństwa kreowanego w III RP na obywatelskie, aspirującego do standardów społeczeństw demokratycznych. Co więcej: niedawny obywatel PRL-u staje się niejednokrotnie naturalnym klientem pomocy społecznej, gdyż mając mentalność niewolnika, co do zasady pozostaje nastawiony roszczeniowo, nie tylko w kwestii znalezienia pracy.

Realizowane przez prezesów antyspołeczne, całkowicie partykularne cele – spółdzielnie-molochy traktują jako przedsiębiorstwa mające dawać wyłącznie zyski z eksploatacji ludności – powodują dotkliwe koszty i straty dla III RP. Bo oto spółdzielczość postkomunistyczna zamiast przyczyniania się do ekonomicznego rozwoju społeczności, zamiast budowania i generowania dochodów zrzeszonych dzięki integracji i kooperacji – wprost przeciwnie jest miejscem zniewolenia, wyzysku ekonomicznego i wykoślawiania dusz.

Zniszczenie i zdegenerowanie jakie powoduje, w wielu przypadkach okazuje się nie do odrobienia. Tylko nieliczne jednostki i grupy z tych społeczności wyrywają się poza klatkę mentalnego zniewolenia. Z reguły decydują się na emigrację z III RP i bezpowrotną ucieczkę z tych nieobserwowanych przez Boga miejsc. Z kolei słabsi, niejednokrotnie wchodzą w kolizję z prawem i w efekcie lądują w rynsztoku.

Transformacja gospodarcza wrogiem prezesów

Druga dekada nomenklaturowej III RP przyniosła molochom nowe zjawiska i nowe zagrożenia. Wejście III RP do UE i otwarcie rynków pracy paradoksalnie poważnie zaszkodziło interesom nomenklaturowych rodzin. Z pozoru miało być lepiej. Teoretycznie lokatorzy powinni jechać, zarabiać i przysyłać pieniądze krewnym tkwiącym w spółdzielniach. Prezesi oczekiwali poprawy ściągalności czynszów i lepszych dochodów. Jednak życie napisało inny scenariusz, bardzo niekorzystny dla partyjnych baronów. Oczywiście płynie emigracyjny strumień pieniędzy, ale nie trafia on w dłuższej perspektywie do kieszeni prezesów. Co aktywniejsi lokatorzy zobaczywszy inne standardy i atrakcyjniejsze warunki życia za granicą, postanawiają osiąść tam na stałe i w efekcie w ogóle rezygnują z zamieszkiwania w molochach. Inni zarobiwszy niezbędną ilość pieniędzy migrują z obozów PRL-u budując domy lub nabywając mieszkania we wspólnotach. Trend ten nabiera cech masowości. Ludność lepiej zarabiająca systematycznie odpływa z molochów dzięki nowym możliwościom finansowym i coraz szerszej alternatywie mieszkaniowej oferowanej przez wolny rynek. Exodus ludności (emigracja zarobkowa i migracja poza PRL-owskie kołchozy) pogłębia regres ekonomiczny utrudniając biznesy byłym funkcjonariuszom PZPR. W molochach, wskutek przemian społeczno-gospodarczych, z przymusu koncentruje się ludność z pogranicza marginesu. Dla prezesów to kłopot bo ściągalność czynszu jest gorsza i na niewiele się zdaje zaostrzenie polityki eksmisyjnej.

Epatowanie opinii publicznej licytacjami lokali eksmisyjnych (nawet dziesiątki eksmisji rocznie) przy jednoczesnej ucieczce zaradniejszej ludności psuje wizerunek postkomunistycznym spółdzielniom, nasilając przekonanie że są drogie, nieatrakcyjne i niebezpieczne do życia. Bezpośrednim dotkliwym efektem negatywnego wizerunku jest spadek cen lokali. Uderza on w pierwszej kolejności w zwykłych lokatorów, ale o to akurat nikt się nie martwi. Obniżka cen dotyka prezesów, bo biznes eksmisyjny traci na rentowności zmuszając bonzów do nasilenia windykacji. To z kolei wywołuje nadpodaż lokali poeksmisyjnych, na które nie ma chętnych w cenach oczekiwanych przez nomenklaturowe grupy. Koncentracja ludności niezamożnej pieczętuje permanentny problem z egzekucją opłat co zmusza prezesów do windowania czynszów. Tworzy się ekonomiczna równia pochyła ciągnąca spółdzielnie-molochy do powolnego upadku.

 

Autor: Stanisław Bartnik

 

Oportunizm i skrajna alienacja człowieka w spółdzielczości postkomunistycznej.
Unikalna publikacja już wkrótce!

 

Organizacja i obsada to klucz

Prezesi szczegółowo opracowują scenariusz przebiegu zebrania włącznie z treningiem nieprzewidzianych sytuacji. Podstawą sprawnego manipulowania przebiegiem jest właściwa obsada stanowisk. Od prezesów ma być przewodniczący, członkowie prezydium, członkowie komisji liczących głosy i przyjmujących wnioski. Przed każdym walnym zebraniem drużyny prezesów szkolą się i następuje szczegółowy podział zadań. Oprócz przejęcia kontroli nad organami wyznacza się najemników do składania wniosków i atakowania przeciwników kłamliwymi oskarżeniami i wywoływaniem awantur na zebraniu. Do kanonu przeszły oskarżenia „że lokator nie płaci czynszu”. Rola prowokatorów nabiera znaczenia, gdy jakimś cudem na zebraniu przeważają zwykli członkowie spółdzielni. Wówczas cyngle prezesów mają za zadanie przedłużać obrady i wywoływać chaos irytujący i odstraszający zwykłych mieszkańców. Normą są więc awantury i jałowe dyskusje o byle co (np. remont toalety), mające na celu przeciągnięcie zebrania do późnych godzin nocnych w przypadkach, gdy w pierwszej fazie większość na sali mają przeciwnicy zarządu. Technika ta pozwala wydłużyć obrady do godziny pierwszej, drugiej w nocy – do czasu gdy opozycja baronów nomenklaturowych, wymęczona i zniesmaczona sama opuści walne zgromadzenie. Zazwyczaj normalni ludzie doświadczając chamstwa i trudnych warunków, w proteście i oburzeniu, opuszczają zebranie już po 2-3 godzinach. Zakłócanie przebiegu zebrania przez prowokatorów, ale też i celowa opieszałość ze strony poszczególnych komisji i prezydium walnego przeciąganiem głosowań, wydłużaniem czasu przygotowania kart do głosowania itd., pomaga w przesunięciu czasu ważnych głosowań na godziny nocne – czas głosowania nad absolutorium dla prezesów, zgoda na zaciąganie kredytów, sprzedaż nieruchomości i inne.

Nie ważne kto głosuje, ale kto głosy liczy

Żołnierze prezesów liczą głosy. Bezpośrednią konsekwencją obsadzeniakomisji i prezydium jest wpływ na przeliczanie głosów. Zdominowanie organów walnego przez nomenklaturową grupę gwarantuje możliwość „korygowania” wyników głosowań w przypadkach, kiedy obrady nie idą po myśli bossów. Dodatkowym atutem jest fakt, że żołnierze-pracownicy kontrolują miejsca przeliczania, sporządzają karty do głosowania oraz później przechowują głosy i protokoły. Taki przywilej daje wolną rękę w manipulacjach i ukrywaniu dowodów. Bezprawie pieczętuje odmawianie nagrywania przebiegu zebrań. Takie rozwiązanie pozwala dowolnie kształtować treść protokołu i wyniki głosowań. W miastach spółdzielczych, gdzie lokalne mafie zdominowały przestrzeń publiczną dochodzi do najbardziej zuchwałych oszustw. Szczególnym numerem jest np. zwoływanie jednoczęściowego walnego w sali na 400 miejsc dla 14 tysięcy uprawnionych i jawne oszukiwanie w liczeniu głosów. Okrasą dla bezprawia są funkcjonariusze milicji ze spółdzielczego komisariatu obstawiający zgromadzenie po cywilnemu i oficjalnie. Zamówienie milicji jest demonstracją siły mającą trzymać w ryzach blokersów. Innym niezwykle sugestywnym elementem jest przeprowadzanie jawnych głosowań nad absolutorium. Prezes wraz z zastępcami siedzi na podwyższeniu, ma przed sobą panoramę sali. Jak koreański przywódca widzi każdego pracownika i wykonawcę. Gdy pada komenda głosowania nad absolutorium dla zarządu i rady nadzorczej, baron molocha może pilnie obserwować swoich podwładnych jak głosują. Czasem, dla większej dyscypliny nagrywa zebranie aby ewentualnie upewnić się czy wszyscy pozostają wystarczająco lojalni. Co najciekawsze służalcze lokalne gazety relacjonują przebieg manipulowanych zebrań, a nazajutrz po zgromadzeniu prasówkę ma prokuratura i sąd. Nikt jednak nigdy nie wskazuje na łamanie prawa czy brak demokracji. Prawda o zebraniach pozostaje tematem tabu.

 

Autor: Stanisław Bartnik

 

Mechanizmy bezprawia na walnych zgromadzeniach w spółdzielniach-molochach.
Unikalna publikacja już wkrótce!


 

Gospodarka funduszem remontowym (na fundusz składa się comiesięczna opłata naliczana od m2 oczynszowanej powierzchni z przeznaczeniem na remonty) stanowi strategiczną gałąź dochodów grup nomenklaturowych i zależnych firm.

Wielkie spółdzielnie mają rocznie do zagospodarowania średnio kwoty rzędu od kilku do kilkunastu mln złotych. Jednak tych pieniędzy, pobieranych od lokatorów, nie można wprost przelać na prywatne konta, czy wypłacić z kasy. Żeby z nich skorzystać najpierw należy je wyprowadzić ze spółdzielni. W przypadku molocha termin ten oznacza przepuszczenie przez sieć „zaprzyjaźnionych” kontrolowanych przez rodzinę firm.

Przed nowelizacją ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych pranie sprowadzało się często do wystawiania całkowicie fikcyjnych faktur i ich systematycznego księgowania w koszty spółdzielni. Blokersi nie mieli żadnych uprawnień kontrolnych ani dostępu do jakichkolwiek dokumentów, więc lewe faktury w patologicznych spółdzielniach były standardowym narzędziem wyciągania kasy. Sytuacja skomplikowała się po nowelizacji przepisów i wprowadzeniu art. 8(1), w którym nałożono na prezesów obowiązek udostępniania lokatorom faktur i umów. Od tego momentu ryzyko znacznie wzrosło i z konieczności zmodyfikowano techniki wyciągania pieniędzy z funduszy remontowych.

Fundusz remontowy jest rodzajem koryta, w którym stale żeruje sfora firm grup kontrolujących spółdzielnie-molochy. Wszystkie zamówienia na dostawy i usługi są obstawiane przez rodzinę. Każda kwota zainkasowana od lokatorów jest skrupulatnie zagospodarowywana. Zawyżanie cen jestwłaściwie zasadą, dzięki której zarabiają prezesi i ich poplecznicy. Praktyka pokazuje, że większość firm zarządów niejednokrotnie funkcjonuje wyłącznie na potrzeby obsługi molochów. W przypadkach, gdy moloch-żywiciel przestaje zamawiać podmioty te błyskawicznie znikają z rynku jako niezdolne do samodzielnej egzystencji w środowisku wolnej konkurencji.

 

Autor: Stanisław Bartnik

 

Techniki zawyżania cen i wyprowadzania pieniędzy lokatorów ze spółdzielni-molochów.
Unikalna publikacja już wkrótce!

 

Jak mówi klasyk, III RP to „dziki kraj”.

Przepoczwarzenie w 1989 r. z realnego socjalizmu w kapitalizm nomenklaturowy pociągnęło za sobą wiele absurdów funkcjonowania tego wykoślawionego tworu. To tutaj do niedawna można było trafić do więzienia za jazdę rowerem po pijaku i tutaj można dostać surowy wyrok za kradzież czekolady w sklepie. Surowe prawo jednak, jak przystało na „demokracje” postkomunistyczne, jest tylko dla zwykłej ludności. W przypadku spółdzielni-molochów w większości nie dotyczy ekskluzywnych kast rodzin prezesów wywodzących się z dawnego aparatu partii. Nomenklaturowe grupy pozostają wyłączone spod jurysdykcji prawa stosowanego wobec lokatorów i szeregowych obywateli. Prezesi postkomunistycznych spółdzielni mogą np. bezkarnie zawyżać ceny i prać pieniądze z funduszu remontowego, mogą upić się i jeździć po pijanemu, ale nie pójdą do więzienia – tak jak zwykli obywatele. Jeżeli ustawią przetarg w molochu, zawyżą cenę zakupu towarów lub usług dwu lub trzykrotnie, a ludność poniesie z tego tytułu stratę liczoną w milionach, to paradoksalnie nie spotka ich za to żadna kara.

Uprzywilejowana pozycja i swoisty immunitet wynika z dwóch głównych powodów. Pierwszy stanowi prawo spółdzielcze utrzymywane prawie niezmienione od czasów PRL. Zamrożenie reformy komunistycznej spółdzielczości było jednym z elementów aktu założycielskiego III RP. Reżim komunistyczny w 1989 r. selektywnie dozował proces przemian. Dopuścił liberalizację dziedzin życia strategicznych dla wyjścia z krachu gospodarczego oraz wiążących się z procesem uwłaszczania się i realizacji aspiracji komunistycznej nomenklatury. Kontrolowana transformacja pominęła więc spółdzielczość, która na długie dekady pozostała w szponach nomenklaturowych rodzin. W skali całej III RP transformacja nie objęła prawie 1/3 ogółu ludności kraju egzystującej w tysiącach spółdzielni. Kontrolowany „upadek komunizmu” był więc mistrzowskim posunięciem totalitarnego reżimu pozwalającym zachować przywileje i wpływy oraz otworzyć nowe perspektywy pomnażania fortun z zawłaszczania i złodziejskiej prywatyzacji do niedawna państwowego majątku. 

Eksploatacja spółdzielczości była dla komunistów zabezpieczeniem i dodatkową polisą, gdyby ewentualnie proces reżyserowanej transformacji miał wymknąć się spod kontroli. Asekurację stanowiły wielomiliardowe w skali całego kraju spółdzielcze przychody, plasujące się na drugim miejscu po budżecie państwowym. Prezesi spółdzielni, niedawni dygnitarze partyjni, zadbali o korzystne zapisy w prawie całkowicie dyskryminujące spółdzielczą ludność i konsekwentnie skarżyli do Trybunału Konstytucyjnego wszelkie zmiany, gdy epizodycznie rządziła prawica.

Faktyczne nieodsunięcie komunistów od władzy po 1989 roku i pozostawienie nomenklatury w sądach i prokuraturze bezpośrednio zaowocowało wykluczeniem 1/3 obywateli III RP z korzyści płynących ze zmiany ustroju. Ludność molochów pozostała, i wciąż pozostaje, zniewolona. Jej systemowym przeznaczeniem w ocenie ideologów partii była dalsza eksploatacja i zagwarantowanie ciągłości przychodów i źródeł utrzymania funkcjonariuszom nomenklatury. Oczywistym więc było, że ludność ta w okresie transformacji nie mogła otrzymać żadnych realnych praw ani tym bardziej mieć wpływu na zarządzanie spółdzielniami.

 

Autor: Stanisław Bartnik

 

Rola nomenklatury w postkomunistycznej spółdzielczości.
Unikalna publikacja już wkrótce!

 

Ta maksyma francuskiego myśliciela przeżywa prawdziwy renesans w spółdzielczości postkomunistycznej III RP.

Kłamstwo jest jednym z fundamentów nomenklaturowego systemu, kanwą i normą umowy założycielskiej. Komunistyczna nomenklatura nie może obejść się bez kłamstwa, szczególnie w zarządzaniu molochami. Propaganda przy pomocy zależnych mediów to podstawa budowy wizerunku. Aktywność prezesów nie ogranicza się do zadaniowych interwencji typu artykuł sponsorowany dezawuujący walczących blokersów. Prezesi zawierają długookresowe porozumienia i forsują długofalowe kampanie prania mózgów i urabiania opinii niewyrobionych dołów społecznych klasyfikowanych jako skupiska idiotów.

Zauważalne są trzy główne tematy kreowania opinii i wizerunku. Pierwszym jest uwłaszczenie lokali. W kontrolowanych przez prezesów mediach konsekwentnie powtarza i przy każdej okazji wbija do głów, że uwłaszczenie to uzyskanie prawa własnościowego. Pisząc o uwłaszczeniu do znudzenia powtarza się termin „własnościowe” z sugestią, że to własność. Technika ta, stosowana metodycznie, przynosi zadowalające rezultaty. W opinii publicznej utrwalił się błędny pogląd, że prawo własnościowe to własność, a uwłaszczenie to uzyskanie własnościowego prawa. Dziesiątki tysięcy lokatorów spółdzielczego miasta trwa więc w przekonaniu, że posiada własność dysponując jedynie przydziałem własnościowego prawa do lokalu.

Drugim charakterystycznym trendem jest wmawianie ludziom, że są tylko lokatorami. Nie obywatel, nie człowiek, nie podmiot, ale lokator. Na próżno w nomenklaturowych gazetach szukać pojęcia właściciel, czy własność. Tytuły i teksty hałaśliwie krzyczą „lokatorzy”, „lokator”. Zabieg ten ma na celu kodowanie w społecznej świadomości, że spółdzielnia to wyłączna własność prezesów, a lokatorzy mają się podporządkować ich prawu.

Trzeci temat, ostatnio zyskujący na znaczeniu, to eksmisje – w wydaniu medialnym profesjonalne szczucie i poniżanie ludzi, którzy z powodu bezrobocia, śmierci lub choroby żywiciela, nie są w stanie sprostać czynszom narzucanym przez prezesów. Zaciężne media brutalnie atakują zadłużonych oskarżając ich, że jeżdżą mercedesami, że wolą wczasy niż zapłacenie czynszu, że są cwaniakami i oszustami żyjącymi na koszt innych. Szczucie ma na celu wewnętrzne zantagonizowanie spółdzielczej społeczności, upodlenie, poniżenie, odebranie zadłużonym godności i poczucia własnej wartości. Atakowanie słabszych członków molocha i nawoływanie do nienawiści ma na celu psychiczne złamanie zadłużonych i odseparowanie ich od reszty społeczności jako elementu gorszego, wymagającego chirurgicznego eksmisyjnego usunięcia.

Medialne potępienie i wykluczenie społeczne jest bardzo pomocne w postępowaniach egzekucyjnych i eksmisyjnych. Zadłużeni żyją w poczuciu gorszych i odrzuconych, nie mają woli i odwagi bronić się przed sądami. Nie mogą też liczyć na pomoc zewnętrzną, będąc publicznie napiętnowanym marginalnym elementem. Na próżno szukać w spolegliwych gazetach informacji, że możliwe jest odpracowanie zadłużenia czy zamiana mieszkań. Brakuje oczywiście publikacji o możliwościach obrony przed zaplanowanym zaborem lokalu lub zagrożeniach wynikających z nieodbierania korespondencji z sądu. Główna narracja propagandowego bełkotu sprowadza się lżenia, poniżania i wzbudzania nienawiści do osób, które popadły w tarapaty finansowe.

 

Autor: Stanisław Bartnik

 

 

Narzędzia propagandy w służbie nomenklatury. Wyzysk i upodlenie człowieka w spółdzielczości postkomunistycznej.
Unikalna publikacja już wkrótce!

 

 

 

Na zuchwałe oszustwa na milionową skalę (np. 3-krotnie wyższa od rynkowej cena robót w spółdzielni) mogą sobie pozwolić tylko najpotężniejsze rodziny pozostające w związkach z lokalnym wymiarem sprawiedliwości i organami ścigania i mające układy w urzędach skarbowych.

Wielokrotne niezapłacenie podatków dzięki zawyżaniu kosztów uzyskania przychodu, poświadczenie nieprawdy w dokumentach, drastyczne zawyżenie cen, zazwyczaj nie uchodzi bezkarnie zwykłemu obywatelowi, a nawet zorganizowanym grupom przestępczym nie wywodzącym się z totalitarnego reżimu. Odmienna sytuacja występuje w przypadku grup komunistycznej nomenklatury, eksploatujących molochy i żerujących na egzystującej w nich ludności.

W wielu przypadkach murem za prezesami stoi pokomunistyczna prokuratura i sąd – niedawne siłowe ramię totalitaryzmu. W czasach PRL ich zadaniem była ochrona aparatu władzy i pacyfikacja opozycji. Po przekształceniu w III RP nielustrowani i nieprzeniesieni w stan spoczynku komunistyczni funkcjonariusze stworzyli na terenie III RP świetnie zorganizowane grupy podporządkowane przede wszystkim lokalnym układom i ochraniające skupionych w molochach byłych komunistycznych dygnitarzy. Grupy te tworzą własne bandyckie standardy i kierują się wyłącznie prywatnymi interesami niezwiązanymi z interesem państwowym ani społecznym.

W miastach bezprawia komunistyczni baronowie z organów siłowych za nic mają praworządność i zasady etyczne. Przestępcze syndykaty są tak silne, że czymś naturalnym jest, że np. członkowie rodziny funkcjonariusza państwowego mogą prowadzić interesy z prezesami, mieć intratne posady w spółdzielni, być szczęśliwymi nabywcami lokali na specjalnych warunkach itp. itd. Nie może więc dziwić sytuacja, że w miastach spółdzielczych prezesom z reguły nigdy nie stawia się żadnych zarzutów (korupcja, niegospodarność) i nigdy komunistycznych baronów z tego tytułu nie sądzono ani nie skazano.Nie może być też zaskoczeniem okoliczność, że każdorazowo umarza się wszelkie postępowania prokuratorskie lub ostentacyjnie odmawia się lokatorom statusu pokrzywdzonych.

Co więcej, naprzykrzających się lokatorów prezesi niejednokrotnie oskarżają ze sławnego art. 212 kk zastępującego w III RP instytucję cenzury z okresu PRL. Art. 212 kk jest genialnym narzędziem cenzurowania na żądanie głosu niewygodnych oponentów oraz tłumienia wolnej debaty publicznej. Artykuł 212 okazał się zręcznym instrumentem kneblowania ust przeciwnikom i skutecznego wyciszania krytyki terrorem sądowym. Patentem na skuteczność tej formy cenzury jest zastosowanie w art. 212 kk zapisu penalizującego szkodę hipotetyczną kreowaną na podstawie oświadczenia oskarżyciela. Zabieg taki daje wolną rękę sędziom i umożliwia skazanie nawet na więzienie, każdego kto ośmieli się upominać o swoje prawa. Formuła „mogą poniżyć lub narazić” zawarta w art. 212 kk jest niezwykle pojemna i pozwala całkowicie uznaniowo ferować wyroki skazujące za dowolną wypowiedź, odpowiednio do partyjnego czy grupowego zamówienia. Stąd artykuł 212 kk jest szczególnie ceniony i chętnie stosowany przez sitwy spółdzielcze brutalnie pacyfikujące lokatorów.

 

 

Autor: Stanisław Bartnik

 

 

Rola funkcjonariuszy PRL w III RP. Od cenzury do art. 212 kk.
Unikalna publikacja już wkrótce!

 

 

 

 

 

 

 

Z przywołanej statystyki wynika, że 212 razy pozwano do sądu o zapłatę.


W spółdzielni-molochu nie ma miejsca na człowieka, odpracowanie zaległości, zamianę mieszkań, sprzedaż. Postkomunistyczny moloch to wyłącznie źródło dochodów dla bezwzględnych nomenklaturowych grup.

Stawki minimalne kosztu zastępstwa procesowego w zależności od wartości przedmiotu sprawy:

1) do 500 zł – 60 zł
2) powyżej 500 zł do 1.500 zł – 180 zł
3) powyżej 1.500 zł do 5.000 zł – 600 zł
4) powyżej 5.000 zł do 10.000 zł – 1.200 zł
5) powyżej 10.000 zł do 50.000 zł – 2.400 zł
6) powyżej 50.000 zł do 200.000 zł – 3.600 zł
7) powyżej 200.000 zł – 7.200 zł


Najlepiej opłaci się pozywać do sądu przy zadłużeniu powyżej 5 tys. złotych bo wówczas minimalne zasądzane wynagrodzenie za jedną instancję to 1200 zł. Łatwa kasa bez ryzyka i bez pracy. Jeśli w powyższym przypadku przyjąć, że w każdym postępowaniu zyskiem będzie tylko 600 zł to i tak da to zawrotną kwotę ponad 127 tys. zł.

Proceder ten to nie tylko zyski z zastępstwa procesowego. Zarabiają też komornicy. Zarabia się na odsetkach i na dysponowaniu przejętymi lokalami można np. je sprzedać podstawionym ludziom ze swojego otoczenia za np. 1/3 ceny rynkowej i później zarabiać na wynajmie.

Postkomunistyczna spółdzielnia daje duże możliwości eksploatacji blokersów.


Przywołany przykład jest dosadnym i zarazem szokującym argumentem przemawiającym za pilną reformą postkomunistycznej spółdzielczości.


Poznaj piekło eksmisji i ograbiania najuboższych z dorobku życia >>


Stanisław Bartnik

Więcej artykułów…