W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies. [zamknij]

Logowanie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Dziennik białostockiego emigranta: Polak i Ukrainiec

Skatt w Tromso Skatt w Tromso

Einstein twierdził, że tylko dwie rzeczy są nieskończone – wszechświat i głupota ludzka, przy czym zastrzegał, że tej pierwszej nie jest pewien.

Ja za to jestem pewien tej drugiej. Dziś miałem dwie podobne sytuacje. W urzędzie podatkowym w Tromso podchodzi do mnie gość i po rosyjsku prosi o pomoc. Okazuje się, że to Ukrainiec. Przyleciał tu, bo przez internet rozmawiał z jakimś gościem i tamten powiedział, że tu jest praca. Szukał adresu, pod którym się umówił ale takiego adresu nie było. Próbuję więc mu jakoś pomóc. Pytam, czy ma numer telefonu gościa, z którym się umówił. Nie ma. Więc mówię, żeby spróbował się z nim skontaktować przez internet. No, ale on nie ma internetu. Mówię mu, żeby poszedł do Biblioteki, bo tam jest za darmo. No ale on nie wie, gdzie jest biblioteka. Mówię więc, żeby poprosił tu w urzędzie, może mu pozwolą w takiej sytuacji. Facet na to, że nie zna norweskiego. Uspokajam go, że nie ma problemu, bo oni wszyscy po angielsku gadają. A on na to, że angielskiego też nie zna. Mi normalnie ręce opadły i lekko już poirytowany pytam, czy lecąc tu spodziewał się, że w Norwegii będą po Ukraińsku gadali. Poszedłem do jakiejś urzędniczki i poprosiłem, czy gość może skorzystać z internetu. Baba bez problemu udostępniła komputer. Mówię mu, żeby siadał i sobie działał. A on mnie prosi, żebym ja to za niego zrobił, bo on się nie zna na internecie i ma tylko jakieś adresy internetowe. Do mnie akurat zadzwonił telefon i musiałem się zwijać do swojej roboty, więc powiedziałem, że niestety muszę spadać. A on na koniec pyta, czy tu może jakoś znaleźć pracę (w urzędzie skarbowym). Masakra!

Kolejna sytuacja:
Przed chwilą 23:30 (!) dzwoni telefon. Jakiś polski numer się wyświetla. Odbieram i okazuje się, że to moja była klientka (projektowałem dla nich domek niedawno). Pyta, czy wiem, gdzie w Londynie można znaleźć mieszkanie. Mówię jej, że najłatwiej chyba przez agencję albo przez ogłoszenia. A ona mówi, że jej chodzi o mieszkanie w tym momencie, bo mąż tam pojechał i nie ma gdzie spać (wyrolowany dokładnie tak samo jak ten Ukrainiec). Mówię, żeby poszukał jakiegoś policjanta i poprosił o pomoc. Ale on nie zna angielskiego... Nie zna angielskiego, nie zna Londynu, nie ma tam znajomych i w ogóle równie dobrze mógłby wysiąść na dworcu w Pekinie. Masakra II.

Ja nie wiem, co ci ludzie mają w głowach... Jak można wsiąść w samolot i polecieć do innego kraju "na betona", nie mając tam żadnego punktu zaczepienia i nie znając żadnego języka obcego.

A to małżeństwo z Polski ostrzegałem jeszcze przed moim wylotem, że agencja, przez którą gość szuka roboty w UK śmierdzi na 100 km jakimś szwindlem, bo to jest wyłącznie witryna internetowa bez żadnych danych, na podstawie których można by zweryfikować firmę w brytyjskim rejestrze. No, ale widocznie chciał sprawdzić na własnej skórze, czy mam rację i popełnił wszystkie błędy, przed którymi go ostrzegałem.

Myślę, że noc spędzona na ławce w Londynie i pod krzakiem w Tromso nauczy jednego i drugiego rozumu.

 

 

 

Ostatnio zmieniany

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież